Od redakcji: dokonujemy przedruku z serwisu www.gazeta. pl o człowieku ps. "Orzech" który przez lata wodził za nos SW, a ta jakiś czas temu wystawiła mu FV do zapłaty, bagatela - 35 mln (tytułem spalonego zk w Nowogardzie). Zapraszamy do ożywionej dyskusji, lektura tekstu napewno do tego Was pobudzi...
Możecie mnie już puścić
Adam Zadworny


Bunt w więzieniu w Nowogardzie, październik 1989
Fot. Jacek Marczewski
Kiedyś przynoszą mu do celi list: "Wzywa się pana o dobrowolnej spłaty 35 mln zł". To za spalone więzienie w Nowogardzie


Fot. Cezary Aszkiełowicz
Zbigniew O. "Orzech"
W grudniu, po blisko 11 latach spędzonych za kratami, Zbigniew O. ps. "Orzech" ma wyjść na wolność.
Jednak 8 grudnia rano żąda rozmowy z naczelnikiem więzienia w Nowogardzie. Stojąc przed nim, spokojnie mówi: "Za pięć minut spalimy panu ten kryminał". Wybija krzesłem szybę w oknie na dziedziniec. Na ten sygnał inni więźniowie wyłamują drzwi w celach i rzucają się do krat. Klawisze próbują ich zatrzymać pałkami, miotaczami gazów i wodą. Bezskutecznie. Więźniowie podpalają pawilony i rozpoczynają otwartą walkę. W więzieniach północno--zachodniej Polski ginie siedmiu skazanych, w tym czterech z rąk współwięźniów. Po obu stronach jest kilkuset rannych. Jest rok 1989.
Człowieka, który 20 lat temu stał na czele Komitetu Protestacyjnego Skazanych, odnajduję w celi 15 pawilonu "A" ciężkiego więzienia w Czarnem. Kiedyś był tu niemiecki obóz dla sowieckich jeńców. Zbigniew O. ma dziś 54 lata i zamiast czaju parzy cieniutką herbatkę z cytryną i cukrem.
- Podobno nie ma w polskich kryminałach drugiej osoby, która spędziłaby za kratami tyle czasu co pan - mówię. - Ile lat pan przesiedział?
- Zamknęli mnie, gdy miałem 18 lat. I wdepnąłem tu na zawsze. Może pan napisać, że mój życiorys to historia polskiego systemu penitencjarnego.
Sześć lat za orzełka i syrenkę
Jesień 1972. W 20-osobowej celi więzienia w Potulicach siedzi 15 grypsujących i czterech frajerów. Może jeść z tymi pierwszymi przy stole albo z drugimi na kiblu. Wybiera stół.
- Tak się zaczęło - wspomina "Orzech", zaciągając się dymem. Urywa papierosom filtry, potem łamie je na pół i wkłada do szklanej lufki. W ten sposób nic się nie marnuje. Przywiozłem mu sztangę jego ulubionych Red & White, ale strażnicy orzekli, że "Orzech" ich nie dostanie.
- Jakie było dzieciństwo w Darłowie? - pytam.
- Było nas sześcioro. Ojciec pił, odszedł, jak miałem 15 lat. Ale to nie jest przyczyna mojego zepsucia, bo mama porządnie nas wychowywała. Całe rodzeństwo wyszło na ludzi. Tylko ja jestem złodziej.
Matka (41 lat była szefową kuchni w przedszkolu, dziś prowadzi sklepik spożywczy) mówi, że zawsze były z nim kłopoty. Zawzięty był. Np. podczas rozdania świadectw na koniec szkoły nie chciał podać ręki nauczycielowi. - Pomyślałem sobie: "Dlaczego na co dzień tego nie robił? Miał na to trzy lata!" - tłumaczy dzisiaj "Orzech".
Kiedy 21 lipca 1972 roku milicja zabiera go z apelu zwołanego w słupskich warsztatach PKP z okazji przypadającego następnego dnia święta 22 lipca, on myśli o syrence. Ukradł ją, żeby się przejechać. Ale oni pytają o wieczór 22 czerwca. Świętowali wtedy w parku zakończenie kolejowej zawodówki. Kumple, dziewczyny, gitara. Szampan z papierówek. Kręciło im się w głowach. Jak zjawił się patrol MO, on coś odpyskował. Oni od razu za pałki. Więc spuścili gliniarzom łomot. Jednemu z nich czapka spadła orzełkiem w dół. W PRL był na to specjalny paragraf. Prasa walczyła wtedy z chuliganerią. Dlatego, choć to jego pierwsza sprawa, za syrenkę i orzełka w sądzie dali mu sześć lat i sześć miesięcy bezwzględnego więzienia.
- To niczego pana nie nauczyło?
- Nauczyło, oj, nauczyło. A tego mianowicie, że moją rodziną jest grypsera. Tam było oparcie, zasady, szkoła życia. Grypsera była odpowiedzią na ciężkie warunki panujące w polskich więzieniach w latach 70. Czerwony rygor (restrykcje stosowane wobec więźniów uznanych za niebezpiecznych) klawisze stosowali wedle uznania: twarde łoże za odmowę wyjścia na apel, 14 dni izolatki za parzenie czaju. Uciekliśmy w swój wolny świat rządzący się naszymi zasadami. Nazywaliśmy siebie ludźmi. Innych - frajerami. Mieliśmy jednego wroga: administrację.
To administracja, aby napuszczać jednych więźniów na drugich, stworzyła festów. Według zasady "dziel i rządź". Ta zapomniana dziś więzienna subkultura powstała w latach 70. w zakładach karnych w Iławie, Mielęcinie i Tarnowie. Feści nie byli ludźmi ani frajerami, bo uważali się za lepszych od jednych i drugich. Sami nazywali też siebie okejami, tegesami, prawdziwkami. Wśród reszty więźniów cieszyli się jak najgorszą opinią.
Resocjalizacja 18-letniego "Orzecha": Krwawe porachunki z festami. Pobicia pod prysznicem. Cwele i parówy. Połyki, sznyty, tatuaże. I kmina - język hermetycznego bractwa, który musi opanować. Coś na "R"? Rabin - przewodniczący składu sędziowskiego. Rakieta - paczka dla więźnia. Racjonał - więzienny kucharz.
Osiem lat za państwowe srebro
Swój pierwszy wyrok "Orzech" odsiaduje co do dnia (podania o warunkowe zwolnienie pisane przez grypsujących od razu lądują w koszu).
Wychodzi 21 stycznia 1979 roku. Pracuje na kolei, ale więzienni kolesie ciągną go w Polskę. Włamuje się z nimi do krakowskiej firmy Technoplast, z której zabiera 30 kg wyrobów ze srebra i kryształy. Nie wie, że facet z Literackiej, który chce kupić łup, to kapitan Józef Gruszka z komendy wojewódzkiej MO. Po sześciu miesiącach na wolności znów trafia za kraty. Srebro jest państwowe. To oznacza, że nie może dostać mniej niż pięć lat.
Dostaje osiem.
Dwa i pół roku za nos klawisza
W czasie karnawału "Solidarności" do kryminałów dociera mała liberalizacja. Znikają feści. Więźniowie wierzą, że będzie amnestia. Kiedy nie nadchodzi, robią domber (więzienną głodówkę). "Orzech" jest w jednym z komitetów głodówkowych. Minister sprawiedliwości każe zwieźć niepokornych do Rzeszowa. Aby mieć ich pod kontrolą w jednym kryminale.
W kraju strajki. Kiedy generał Jaruzelski prosi "Solidarność" o 90 dni spokoju, "Orzech" i jego koledzy organizują protest. Wchodzą na 54. metr komina. Siedzą tam pięć dni. Schodzą po przyjeździe biskupa. Nie uzyskują niczego.
Kiedy kilka miesięcy później wybucha stan wojenny, "Orzech" trafia do Załęża, gdzie siedzą internowani. - Ulegliśmy bogoojczyźnianej atmosferze - wspomina. - My, złodzieje i bandyci, śpiewaliśmy religijne pieśni. Jak lali politycznych, waliliśmy michami w kraty. Potem chcieli się z nami podzielić paczkami z Czerwonego Krzyża. Za dużo dla nich tego było. Ale administracja się nie zgodziła. Masa jedzenia poszła do śmieci.
W latach 80. poza politycznymi w kryminałach pojawiają się niebieskie ptaki, czyli ci, którzy nie podjęli żadnej pracy. I spekulanci.
Jeszcze gorzej jest po "ustawie majowej" z 1985 roku. Według niej każdy, kto dopuszcza się przestępstwa po raz drugi, jest automatycznie tymczasowo aresztowany. Więzienia wypełniają się złodziejami kur i rowerów. Ciasno. Ciężko. "Orzech" wciąż sprawia administracji kłopoty. Nie pomagają izolatki. Wędruje z kryminału do kryminału. Kraków. Nowy Wiśnicz. Rzeszów. Wronki. Nowogard. Śmierdzące cele. Dwa na dwa i pół metra. Dni. Miesiące. Lata. W końcu przestaje liczyć czas dzielący go od wolności.
Podczas spaceru znajduje kawałek drutu. Łamie na pół. Starczy dla niego i dla "Perły". Razem zaprawiają kotwice. Może dadzą przerwę w karze na leczenie. Rozpruwa sobie flaki. Po wielogodzinnej operacji ratują mu życie. Leży pod kroplówką. Przychodzi ksiądz. Strażnik przy drzwiach sali nie chce go wpuścić. Mówi, że na widzenie potrzebna jest zgoda naczelnika. "Orzech" drze się: "Wpuść księdza!". Rzuca porcelanowym dzbankiem stojącym przy łóżku. Trafia we framugę. Odłamek dzbanka rozcina klawiszowi nos.
Sąd daje mu za ten nos dodatkowe dwa i pół roku więzienia. Razem wychodzi dziesięć i pół.
Siedem lat za kierowanie buntem
Tadeusz Mazowiecki tworzy rząd. "Orzech" siedzi w Nowogardzie.
Więźniowie też chcą coś ugrać na rewolucji. Jesienią 1989 roku powstaje Komitet Protestacyjny Skazanych. "Orzech" zgadza się zostać szefem, choć do wyjścia ma tylko kilka tygodni.
Buntownicy żądają amnestii. Najpierw wiecują. Potem przejmują władzę w więzieniu.
- Doszło do tego, że zgodę na przewiezienie złodzieja na rozprawę do sądu w Szczecinie musiał wydać komitet protestacyjny - wspomina były pracownik służby więziennej. - Grypserzy zobaczyli w Sejmie ludzi, którzy jeszcze niedawno siedzieli - Kuronia, Moczulskiego - i pomyśleli: "Teraz to na pewno będzie amnestia".
16 listopada 1989 roku Sejm przyjmuje ustawę amnestyjną pomijającą recydywistów. W więzieniach wrze. 18 listopada "Orzech" z zastępcami (jeden siedział za rozboje, drugi za zabicie matki) suką straży więziennej jedzie do Warszawy na rozmowy z ministrem sprawiedliwości.
- Więźniowie dali nam swoje najlepsze ciuchy, abyśmy jakoś wyglądali - wspomina. - Po drodze stanęliśmy w restauracji w Kaliszu Pomorskim. Jemy obiadek. Nie mieliśmy alkoholu w ustach od lat. To sobie zamówiliśmy litra i po dwa piwa. Później, w kolejnej knajpie, kolejny obiadek i alkohol. Przed Warszawą mój zastępca mówi: "Każmy klawiszom, aby podjechali na Bródno. Wpadniemy do mnie". Puka w szybkę. A klawisze przez radio do swoich, że my szukamy awantury. I na Rakowieckiej już na nas czekali. Zaczęli nas gazować, więc rozwaliliśmy sukę własnymi nogami.
Ze spotkania z ministrem nici.
Kiedy 7 grudnia Sejm decyduje o ostatecznym kształcie ustawy amnestyjnej, pomijającej recydywistów, "Orzech" decyduje: pozostają w celach, nie wychodzą ani na spacerniak, ani do łaźni. Walą miskami w kraty co godzina.
8 grudnia rano z porannych wiadomości w radiu dowiadują się o otwartych buntach, jakie wybuchły w więzieniach w Goleniowie i Czarnem. Są ranni i zabici. "Orzech" żąda spotkania z naczelnikiem. Mówi mu: "Za pięć minut spalimy panu ten kryminał". Kiedy buntownicy podpalają pawilony, on kieruje ewakuacją starych i chorych. Następnego dnia strażnicy dostają wsparcie. Strzelają pojemnikami z gazem i racami. Więźniowie ciskają płonącymi szmacianymi kulami. Na rozkaz "Orzecha" przedzierają się do kantyny. Zabierają tysiąc słoików gulaszu i karton czekolady. Szykują się na długie oblężenie. 10 grudnia do Nowogardu przyjeżdża pułkownik Jerzy Stańczyk, późniejszy szef polskiej policji. Spotyka się z "Orzechem" przy więziennej bramie. Mówi, że ma zgodę premiera Mazowieckiego na użycie komandosów i broni. Buntownicy poddają się.
Klawisze, żądni krwi, urządzają im ścieżki zdrowia. Ciężko pobitych rozwożą po więzieniach w całej Polsce. Ale "Orzecha" nie ruszają.
Gdy szefem Centralnego Zarządu Zakładów Karnych zostaje reformator Paweł Moczydłowski, klawisze przechwytują gryps napisany przez "Orzecha": "Cześć przyjacielu! Po prawie jedenastu latach siedzenia miałem wyjść na wolkę, ale znów mnie aresztowali. Zarzucają mi, że kierowałem buntem i podpaleniem więzienia. ( ) Obciąża nas taki T. ze Szczecina. On powinien zdechnąć do sprawy jak wielu innych. Ja mam ich cały wykaz. Żadnemu nie ujdzie na sucho, bądźcie pewni. Baniak do góry! Bóg z nami! Serwus - Orzech".
- Moczydłowski wprowadził wiele sensownych zmian - mówi "Orzech", który wymuszoną buntami reformę więziennictwa uważa za największy sukces swojego życia. - Powstały świetlice, zdjęto talony na paczki i kretyński zakaz leżenia na pryczy w ciągu dnia, który obowiązywał kilkadziesiąt lat. Zmieniła się administracja. Przyszli wykształceni ludzie. Kiedyś wśród klawiszy pełno było półgłówków. Znałem sytuacje, kiedy kalifaktor (więzień rozdający posiłki) za wychowawcę pisał oficjalne pisma, bo ten był niegramotny.
Latem 1991 roku w płockim więzieniu pojawia się Jan Paweł II. Ściska ręce więźniom. Wzruszony przyjęciem, jakie mu zgotowali, mówi: "Jesteście skazani, to prawda, ale nie potępieni. Każdy z was może zostać przy pomocy Bożej łaski świętym".
W tym samym czasie "Orzech" staje przed szczecińskim sądem za kierowanie buntem. Mówi: - To był słuszny protest wywołany trudną sytuacją bytową i niesprawiedliwością komunistycznego ustawodawstwa!
22 listopada 1991 roku za kierowanie buntem sąd skazuje go na siedem lat więzienia.
Pół roku wolności za sprawianie kłopotów
Ludzie, których poznał w więzieniu, tworzą pierwsze gangi III RP, ale to on rządzi.
6 października 1992 roku naczelnik aresztu śledczego w Szczecinie pisze do prokuratury: "Po występie kabaretu doprowadził do zbiorowej odmowy opuszczenia świetlicy przez osadzonych. Ponadto informuję, że dał się poznać jako osobnik szczególnie niebezpieczny".
"Orzech" staje się wrogiem nr 1 polskiego więziennictwa i niepisanym królem grypsery. Więźniowie zwracają się do niego o rozstrzyganie sporów. Jego słowo to wyrok. Kto trafi do bractwa, a kto zostanie więziennym pariasem. Nawet członkowie gangów muszą się z nim liczyć. Za murami wciąż rządzi grypsera. Klawisze się go boją. W końcu znajdują na niego sposób. Przenoszą go do szpitala, aby odseparować od innych więźniów.
- Ze szpitala widziałem plac zabaw, a nie spacerniak - wspomina. - Znałem wszystkie dzieci, a nie znałem więźniów. W końcu ze Szczecina wywieziono mnie do Goleniowa, a stamtąd do Wronek. Cały czas na oddziałach szpitalnych.
W 1993 roku administracja zakładu karnego, aby się go pozbyć, występuje do sądu penitencjarnego o warunkowe zwolnienie Zbigniewa O. Nigdy wcześniej ani później nie spotkało to recydywisty, uznanego za szczególnie niebezpiecznego i objętego najwyższym rygorem R 1. "Orzech": - 4 października 1993 roku wyrzucono mnie z więzienia, bo się źle zachowywałem.
Kiedy po 14 latach i 3 miesiącach, drugi raz w dorosłym życiu, wychodzi na wolność, ma 39 lat. Dziwią go kolorowe reklamy i pełne półki. Rękę wyciągają do niego ludzie "Nikosia", ojca chrzestnego polskiej mafii samochodowej, którym kiedyś pomógł. 13 kwietnia 1994 roku "Orzech" pilnuje mercedesów na leśnej drodze we wschodnich Niemczech. Wchodzi do jednego. Zasypia. Obok przechodzi leśniczy. Po pół roku wolności "Orzech" trafia do niemieckiego więzienia.
18 tysięcy marek za 18 miesięcy
Kiedy do Niemiec przychodzą jego papiery z Polski, z aresztu w Neubrandenburgu przenoszą go do berlińskiego więzienia - twierdzy na Moabicie.
Nad drzwiami jego celi pojawiają się kolorowe kropki - kod używany w niemieckim więziennictwie - szczególnie niebezpieczny. Członek struktur mafijnych. Może wywołać bunt.
- Tam w Niemczech w ogóle nie grypsują - wspomina "Orzech". - Bo grypsera jest tylko u nas i w Rosji. Na Zachodzie nie było warunków do jej powstania. Ich klawisze są przeczuleni na punkcie praw więźnia czy tolerancji. Np. na berlińskim spacerniaku widziałem męskie parki trzymające się za ręce. U nas to nie do pomyślenia!
W listopadzie 1995 roku sąd uniewinnia go, bo nie ma dowodów, że miał coś wspólnego z kradzieżą mercedesów. Za 18 miesięcy w areszcie dostaje odszkodowanie - 18 tysięcy marek.
Osiem miesięcy za groźby
Wraca w rodzinne strony. Bawi się trzy miesiące. W lutym 1996 roku sąd czyta wywiad środowiskowy: "Na zwolnieniu warunkowym utrzymuje kontakty z elementem przestępczym" ("A z kim mam utrzymywać kontakty? Z elitą kulturalną? Przecież ja znam tylko element"). Na trzy i pół roku wraca za kraty. W trakcie dodają mu jeszcze osiem miesięcy za groźby wobec klawisza.
24 lata i 10 miesięcy grypsery
Świat za murem też się zmienia. Dociera to do niego, kiedy w szczecińskim areszcie, po raz pierwszy w Polsce, do grypsery dopuszczają Murzyna siedzącego za przemyt narkotyków. - W kryminałach pojawili się ludzie z kolorowymi włosami, kolczykami w uszach - mówi. - I tak zwani gangsterzy. Myślą o tym, jaki sprzęt mieć pod celą, jak skombinować komórkę czy narkotyki. Nie myślą o zasadach. Grypsera jest w odwrocie.
Major Ryszard Włodyka, funkcjonariusz służby więziennej z ZK Czarne: - Przyjeżdża konwój nowych. W aktach mamy napisane, kto z nich jest w grupie nieformalnej, czyli w grypserze. Z roku na rok ten procent maleje. Dziś to mniej więcej 20 proc. Teraz o pozycji w więzieniu decyduje pozycja na wolności. Skończył się czas "Orzecha".
Jednego dnia on, król grypsery, staje się pariasem. - Pewnego dnia klawisz w Goleniowie, gdzie byłem wyjątkowo podpadnięty, powiedział mi: "Orzech, ty jutro będziesz taki krótki". Następnego dnia gówniarz, z którym siedziałem pod celą 12 dni, pomówił mnie. Miałem go klepnąć w tyłek seksualnie czy coś . Nagłośniła to administracja. To poważny zarzut w moim środowisku. Wykorzystali to ludzie z grypsery, którym moja pozycja była zadrą w oku. I wzięli mnie do wora. Do dziś nie wiem, kto tego gówniarza namówił. Liczyłem, że spotkam się z ludźmi, wyjaśnię tę sprawę. Ale następnego dnia zbudzili mnie o 4.30 i wywieźli do Szczecina, później do Wołowa, do celi izolacyjnej. W ten sposób znalazłem się po drugiej stronie. Poza grypserą.
- Może więc państwowe sądy są sprawiedliwsze, jest adwokat, domniemanie niewinności. W grypserze jest sąd kapturowy.
- Grypsowałem 24 lata i 10 miesięcy. To była moja religia, moje życie. Miałbym pluć na sztandar?
- Chciałby pan powrócić do "ludzi"?
- To, co ja bym chciał, nie ma już znaczenia. Zawsze byłem wśród tych, którzy twierdzili, że dla wykluczonych z szeregów nie ma powrotu. Taka zasada. A więc nie ma dla mnie powrotu.
Trzy i pół roku za narkotyki
W kwietniu 2000 roku, czwarty raz w życiu, otwierają się przed nim więzienne bramy. - Kiedy wypuszczają mnie na wolność, zawsze czuję się jak człowiek, który tonął i nagle został wyciągnięty z wody - tłumaczy. - Widzę dziewczyny, samochody, pieniądze i głupieję. Myślę, że tym razem mnie nie złapią. A jak złapią, to się nie przyznam. W celi nasłuchałem się, że narkotyki to łatwy szmal. No więc dzwonię w pewne miejsce i słyszę: "Jak dla ciebie mamy amfę po 10 zł za gram". Sprzedaję ją w innym miejscu za 20 zł.
Łapią go z białym proszkiem i marihuaną (na wolności jest siedem miesięcy).
Wyrok: trzy i pół roku.
Sześć i pół roku za narkotyki
Kiedy resortem sprawiedliwości rządzi Lech Kaczyński, więzienia znów są przepełnione. W niektórych kryminałach trzeba stawiać trzecie piętro łóżek. Pół metra od sufitu. Zaduch i smród. Więźniowie nazywają je "kuszetką Kaczora". Na kuszetce zawsze ląduje nowy. Taka zasada.
"Orzech": - Społeczeństwo kibicuje braniu za mordę, bo się boi przestępczości. A kogo ja widzę za kratami? Masowo siedzą alimenciarze i ludzie, których nie stać na spłatę grzywny. To obywatele tego kraju, których spotykacie w sklepie, na plaży i w kościele. A nie groźni bandyci, którymi straszą was ministrowie.
"Orzech" pisze podanie o warunkowe zwolnienie: "Możecie mnie już puścić. Na moją resocjalizację szkoda pieniędzy. Nie ma już czego naprawiać, a zepsuć się bardziej nie jestem w stanie". Odpowiedź, rzecz jasna, odmowna.
Kiedy wychodzi na wolność, wraca do rodzinnego domu. Rekord: na 13 miesięcy. Siostrzeniec z kolegami regularnie urywa się do niego na wagary. Niektórzy koledzy lubią narkotyki. "Orzech" właśnie się zaopatrzył, znów liczy na łatwy szmal. Jest 17 marca 2005 roku. Imieniny Zbigniewa. Niespodziewani goście: kryminalni. Znajdują trawkę i amfetaminę. Zarzut: posiadanie plus użyczanie narkotyków nieletnim. W warunkach recydywy. Dają mu sześć i pół roku.
35 mln za spalone więzienie
Po ostatnim wyroku trzymają go w Koszalinie. Przez kraty widzi życie, samochody, dziewczyny. Źle to znosi. Więc rozwala krzesłem drzwi na oddziale szpitalnym. Przenoszą go do Czarnego. Tutaj przez okno widać tylko mur.
Pewnego dnia, w 2007 roku, przynoszą mu list zaczynający się: "Wzywa się pana do dobrowolnej spłaty kwoty trzydziestu pięciu milionów siedmiuset pięćdziesięciu trzech tysięcy dwustu dziewięćdziesięciu ośmiu złotych i dwudziestu siedmiu groszy". To rachunek za spalone więzienie w Nowogardzie. Dokładnie w 10. rocznicę buntów, 8 grudnia 1999 roku, polskie więziennictwo wysłało przeciwko Zbigniewowi O. cywilny pozew. Bo sprawa karna i siedmioletni wyrok nie ma nic do rzeczy. Według prawa poszkodowany może domagać się wyrównania straty. Sprawa toczyła się wiele lat, wyrok jest już prawomocny. Kierował buntem, musi płacić. Dziennie przybywa mu 8,5 tys. zł odsetek. Nawet nie liczy, ile jest winien. Wie jedno: jakby znalazł pracę, to wejdą mu na pensję. Jak coś sobie kupi, komornik mu zabierze. Jak wyjdzie na wolkę, znajdzie się w matni.
- Nie będę kłamał, że moje życie to pasmo nieszczęśliwych przypadków - mówi, odpalając kolejnego papierosa. - Bo gdybym powiedział sobie: "Zbyszek - nie kradnij, popraw się", tobym uratował życie. Ale sobie tego nie powiedziałem.
Trzymają go w pawilonie "A". Z kapusiami i zboczeńcami. Wstaje o szóstej. Śniadanie. Do dziesiątej słucha muzyki. Godzinny spacer. Po nim szybko zleci, bo zaraz obiad. Później chodzi od ściany do ściany. Sześć kroków. Myśli o wolności, od której dzielą go już tylko 22 miesiące. Na pewno nie będzie zbierał papierków na plaży za 600 zł, jak jego kolega Henio. Kolacja. Gaszą światło. Czasami wraca sen: Kradnie syrenkę. Wszystko wygląda jak wtedy w 1972. Chce z niej wyjść. Szarpie za klamkę. Ale drzwi nie chcą się otworzyć.
 |