POCZĄTEK
45 lat temu, nawet pory roku wyglądały jakoś inaczej. Pewnie, dlatego, że i ludzie, drzewa i samochody były inne. Inna była atmosfera porannej krzątaniny. Nawet słońce zdawało się świecić jakby inaczej.
Na jesiennych ulicach, pokrywających się złotoczerwonym dywanem, spiesznie przemieszczali się dążący ku jakimś – sobie tylko znanym celom – przechodnie.
W tym porannym tłumie szczególnie barwnie wyróżniały się kobiety. Właściwie większość z nich sprawiała wrażenie dziewcząt - lalek.
Zapewne był to efekt panującej mody. Bo moda tamtego czasu była dosyć niebanalna i narzucała określony styl.
Buty ,,szpilki” z wydłużonymi czubkami, na cieniutkim obcasiku, lub tzw. ,,trumniaki”- dziś powracające do mody pod nazwą balerinki.
Reszta odzieży też miała intrygujący wygląd.
Wąskie spodnie ,,rybaczki”, mini spódniczki - wąskie lub tzw. ,,bombki” na sztywnej halce, bluzeczki z dekoltem w tzw. ,,łódkę”. Dominowała różnorodna kolorystyka, jakby na przekorę szarości życia zdominowanego przez ówczesną politykę.
Szyję każdej elegantki zdobiła kolorowa apaszka lub jakiś oryginalny naszyjnik.
Na głowie królował obowiązkowy ,,tapir”, czyli napuszona i utrwalona lakierem do włosów fryzura, lub tzw. ,,koński ogon”, czyli włosy związane gumką wysoko, prawie na czubku głowy. Żadne tam jakieś warkocze, czy grzeczne koszyczki – panował wizerunek ,,małej drapieżnej dziewczynki”. Koki były ,,zarezerwowane” dla elegantek, z kopertową torebką pod pachą i w rękawiczkach pochodzących często z paczek z zachodu – potocznie zwanego ,,Unnrą”.
Cały ten zestaw dawał obraz cukierkowego, trzpiotowatego, wyglądu - nawet, gdy tak odziana kobieta miała około 30 lat.
Mężczyźni tylko w niewielkiej liczbie stylizowali się na ,,chłopców”, wręcz przeciwnie, starali się dodawać sobie powagi zarówno ubiorem, jak i obyczajami i sposobem zachowania. Wszechobecne papierosy były atrybutem dojrzałości. Nonszalancki styl bycia miał dodawać powagi.
Liczne grupki przechodniów, pospiesznie mijały dom z oknami, za którymi dwoje ludzi w wieku około 50 lat, patrzyło na siebie z dwóch stron dużego okrągłego stołu.
Na progu jeszcze wilgotniał mokry ślad buta pozostawiony przez pracownika poczty, który właśnie przyniósł telegram.
Teraz ten biały skrawek papieru leżał na środku stołu, na lnianym obrusie w brązowe róże. Stół był masywny, okrągły – pamiętał zapewne niejedno pokolenie i niejedno rodzinne wydarzenie.
Mężczyzna z trudem panował nad gniewem i widać było, ze informacja telegramu powodowała trudną do opanowania złość.
Kobieta natomiast sprawiała wrażenie, jakby nieobecnej myślami.
Jej wzrok bezwiednie błądził po skromnych sprzętach wypełniających niewielki pokój.
Na przestrzeni kilku zaledwie metrów kwadratowych podłogi, z trudem znalazły dla siebie miejsce, sprzęty pełniące podstawową rolę w codzienności tych dwojga.
Każdy z tych mebli, jako pojedynczy egzemplarz zachował urodę dawnej świetności, – lecz przypadkowe ich zgromadzenie stanowiło niezrozumiały chaos w wystroju mieszkania.
Sama szafa swoim wyglądem dawała obserwatorowi do zrozumienia, że jeden człowiek nie ma najmniejszych szans w starciu z jej ciężarem. Była trzydrzwiowa, pokryta ozdobnym fornirem i zajmowała niewyobrażalną ilość skromnej przestrzeni. Sprawiała wrażenie przytłaczające.
Na środku pokoju ,,walczył o dominację” stół.
Na czterech stylizowanych na zwierzęce łapy, nogach, w swoim wnętrzu krył sekret dwóch dodatkowych płyt, które po rozsunięciu dawały blat owalny.
Pod ścianą stał tapczan, pluszowy, w kolorze czerwonym, przykryty ,,włochatym czymś”, tkanym pewnie strasznie dawno temu na staroświeckich krosnach.
Pod oknem, na czarnych, żeliwnych nogach stała ,,przedpotopowa” maszyna do szycia marki ,,Dürkopff”, obok niej rozkładany fotel. Taki sam drugi fotel stał koło drzwi.
Całości dopełniała szafka obok okna, z radiem - z tzw. ,,magicznym okiem” -marki,,Poemat” z adapterem. Pod szafką był szary karton wypełniony wszelkiego rodzaju płytami. Oczywiście nie mogło zabraknąć kaflowego pieca, stróża ciepłoty w mroźne i paskudne dni, gdy pora roku zatrzymywała domowników w domu, a szyby zamazywał szary deszcz, lub rozjaśniał śnieg zarażając cały świat zimnym mrozem.
Podłoga miała; na bordowy kolor pomalowane deski, a na ,,ścieżkach komunikacji”, czyli najczęściej deptanych miejscach, lakier pościerał się ujawniając poprzedni kolor - jasno orzechowy.
Całe mieszkanie wraz ze swoim wystrojem zdawało się zaprzeczać modzie i panującemu wszechobecnie kolorytowi.
Tu nie można było dostrzec nic, ponad niezbędną konieczność.
Jednak ten dzień właśnie stawał się dniem przełomu dla dwojga ludzi, doświadczonych burzliwością minionej wojny, i okupacji, nadszarpniętych kolejami losu i skromnie dążących do odrobiny spokoju w dźwigającym się z gruzów, od niespełna dwudziestu lat kraju.
Słowa w telegramie właśnie burzyły ten z trudem osiągany spokój.
,,Dziecko zdrowe. Matki nie ma w szpitalu. Proszę przyjechać, podjąć decyzję. Bolewicz”.
Po długim milczeniu mężczyzna podjął decyzję;
- Właściwie nie ma, na co czekać Nusia. Pozostaje tylko kwestia wyboru - czy mam pojechać sam, a ty zostaniesz i coś przygotujesz? Czy może pojedziemy razem?
- Jedź. Zostanę. Nie martw się. Coś się postaram przynieść do domu. Weź tylko jakąś poduszkę i koc. Plandeka w gaziku nie chroni za bardzo a nawet może padać.
- …..A jakieś ubranka?
- Weź w szpitalnych, potem oddamy.
- Nawet nie napisali, czy to chłopiec czy dziewczynka?
- Nieważne. Zobaczysz na miejscu.
- A jak każą wpisać jakieś imię?
- To po drodze coś wymyślisz…..
- Może Piotruś?
- …..A ona….?
- Basia ….?, Jak w Trylogii?…
- No to już masz. Weź Adaś jakieś dokumenty, Anki też, bo mogą pytać. Weź ich metrykę ślubu. Jest w szafie w dokumentach.
- Dobrze. Idę pogadać z leśniczym o transporcie. Chyba się zgodzi. On niewiele pyta. Zawsze mówi;,,jak mus to mus”.
- To weź Adaś wszystko już ze sobą, szkoda żebyś tracił czas na wracanie do domu. – dodała, gdy zamierzał już wychodzić ubrany w ciepłą kurtkę.
Cofnął się więc, wziął koc, poduszkę i ponownie skierował się do drzwi wyjściowych.
Po wyjściu męża, Nusia wstała od stołu, głęboko odetchnęła, jakby dodając sobie odwagi przed wyjściem z domu i zdjęła - z gwoździa wbitego w ścianę koło drzwi – klucz. Ubrała jesionkę, potem wsunęła buty i już nieco pewniejszym krokiem wyszła z mieszkania.
Tak do końca nie wiedziała, gdzie skierować pierwsze kroki. Nie przypominała sobie nikogo, kto ma małe dzieci i mógłby zaradzić problemowi, który pojawił się w jej domu zaledwie 2 godziny temu. W końcu jej wybór padł na dom naprzeciwko.
Przeszła przez ulicę i weszła do piętrowej kamienicy. Gdy stanęła pod drzwiami, uświadomiła sobie, że tak naprawdę nie wie, co powiedzieć najpierw. Stwierdziła jednak, że skoro przeżyła okupację, wojenne naloty i inne ciężkie chwile, to i teraz powinno pójść jakoś do przodu.
Zapukała i usłyszawszy,,Proszę” weszła do środka.
Aniela była znajomą z kolejek i klientką często przynoszącą jej odzież do reperacji lub do uszycia. Często opowiadała o wnukach i Nusia uznała, że dziś pomoże jej – babci od niespełna dwóch godzin.
Rozpromieniony uśmiech gospodyni, był doprawiony odrobiną zdziwienia. Nusia raczej nieczęsto odwiedzała innych. Była domatorką i jak na gust mieszkanek miasteczka trochę dziwną i małomówną osobą.
Musiało wydarzyć się coś bardzo niezwykłego, skoro tak stroniąca od innych kobieta przyszła do jej – Anieli domu - z własnej inicjatywy.
- Zrobię kawę, pogadamy – zaczęła rozmowę
- Kawy się chętnie napiję, ale będę już mówić zanim pani ją zrobi. Dobrze? – Nusia pomyślała, że łatwiej będzie mówić, gdy Aniela będzie się krzątać po kuchni.
- W takim razie słucham - Aniela nalała wody do czajnika i podłożyła do kuchni więcej drzewa, aby rozniecić ogień.
- Właśnie z Adamem staliśmy się dziadkami.
- Wspaniale, a jak czuje się córka, dawno jej nie widziałam.
- Nie wiem…..
- Nie rozumiem – Anieli ręka z łyżeczką zawisła w powietrzu nad puszką z kawą.
- No nie wiem, nawet nie wiem, co się urodziło…..
Na twarzy Anieli pojawił się wyraz konsternacji.
- Pani Nusiu, proszę sobie ze mnie nie żartować. – Aniela spoważniała.
- No właśnie tak ….. I tu popłynęła długa, jak na Anieli gościa, opowieść streszczająca przebieg ostatnich dwóch godzin w domu Adama i Nusi.
Woda w czajniku prawie się wygotowała, gdy Anieli udało się otrząsnąć z szokującego wrażenia, jakie wywołała ta opowieść.
Na szczęście była to osoba dosyć energiczna i pod koniec monologu Nusi, już miała w głowie gotowy plan, jak pomóc tym dwojgu ludziom postawionym w tak nietypowej sytuacji.
Gdy,,świeżo upieczona” babcia wróciła do domu z kilkoma pakunkami, Adam kilkanaście kilometrów dalej w małomiasteczkowym szpitaliku kończył dopełnianie formalności związanych z odbiorem,,dziecka płci żeńskiej” i z niepokojem myślał, jak sobie z tym wszystkim poradzi.
Dziewczynka była bardzo podobna do matki, w owalu twarzy można było dostrzec lekko wschodnie rysy. Jednak otwarte oczy nie pozostawiały wątpliwości – były turkusowo niebieskie. To wynik mieszanki genów mężczyzny rodem z północy o nordyckich rysach i kobiety z południowego wschodu o tatarskich korzeniach.
Co prawda pielęgniarka mówiła że wszystkie dzieci mają na początku niebieskie oczy, ale Adam ,,wiedział” że tak już zostanie.
Właśnie te ogromne niebieskie oczy kilkudniowego maleństwa z uwagą wpatrywały się w pochylone nad nią twarze. Nie płakała, nie marudziła, tylko z uwagą wodziła oczami za tym, co wokoło niej się działo.
Pielęgniarka przygotowująca mały,,pakuneczek”, nie mogła się nadziwić, że maleństwo ani razu nie zaprotestowało wobec wzmożonego wokół niej ruchu i krzątaniny.
Troszkę słyszała na oddziale o nietypowej sytuacji, jaka była udziałem tej małej istotki i teraz miała wrażenie jakby dziecko poprzez swoje milczenie nie chciało uronić ani jednej sekundy z upływu czasu, w którym decydowały się jej losy.
Po zakończeniu wszystkich papierkowych ceregieli, Adam zapakował maleńką w poduszkę, owinął kocem i wsiadł do ,,gazika” czekającego na ulicy.
Kierowca – leśniczy z sumiastym wąsem, w zielonym mundurze; uśmiechnął się na widok wsiadających pasażerów ( co prawda jednego z nich trzeba było się domyśleć z pokaźnego zawiniątka w kraciastym kocu ), i uruchomił silnik, a potem ruszyli w drogę powrotną.
Na szczęście pogoda nie była kapryśna i promienie jesiennego słońca ogrzewały jadący samochód i niezwykłą w nim załogę.
Gdy dojechali na miejsce, Adam umówił się z panem Władkiem ( tak miał na imię samotny dziwak z leśniczówki), że jak tylko,,zainstaluje” małą w domu, natychmiast przyjdzie i omówią zapłatę.
Sumiasty wąs pana Władka nastroszył się gniewnie i spod gęstego zarostu zaczęły się wydobywać nic dobrego niewróżące sapania, po czym ruszył z miejsca i tylko z szoferki było słychać niezbyt grzeczne;
- …..Coś pan zwariował!!!!! Martw się pan jak teraz wyżywić większą rodzinę! A nie zawracaj sobie pan głowy jakimiś bzdurami.
Adam stał zdezorientowany taką gwałtowną reakcją kolegi, że nawet nie zdążył powiedzieć słowa,,dziękuję”. Po czym obrócił się i, jako że ręce miał zajęte, łokciem otworzył drzwi do sieni i wszedł do domu.
Nusia już czekała w otwartych drzwiach mieszkania. Dało się zauważyć, że w domu było o wiele cieplej – rozpaliła w piecu, aby dziecko miało podobną temperaturę do tej szpitalnej. Na stole stały jakieś dziwne przedmioty.
Adam nie miał okazji poznać ich przeznaczenia, bo gdy urodziła się jego córka, on sam był na Syberii, trwała wojna, a gdy już zobaczył swoje dziecko, to była już duża, prawie czteroletnia dziewczynka.
Ominęły go, więc,,uroki” wychowywania niemowlęcia.
Tym bardziej teraz, gdy składał na tapczanie kraciasty pakunek, zachodził w głowę, jak to on, 53 – letni mężczyzna poradzi sobie z trudami wychowawczymi, z kształtowaniem od samego początku nowego,,człowieczka”.
Co innego małżonka, ona przynajmniej z racji płci wiedziała, jak to się robi. Przynajmniej powinna wiedzieć…….
Chociaż nie do końca był przekonany, czy Nusia poradzi sobie wewnętrznie z tą sytuacją, która spadła na nią jak grom z jasnego nieba.
O tym, aby zastanawiać się gdzie w tej chwili jest matka dziecka, nawet nie miał czasu pomyśleć. Stwierdził, że są w tej chwili ważniejsze rzeczy do poukładania.
Pochylili się oboje nad,,zawartością” poduszki i z uwagą przyglądali się ( zresztą z wzajemnością) nowej lokatorce ich skromnego mieszkanka.
- Podobna do Anki – stwierdziła Nusia
- taak – przeciągle odrzekł Adam. Skąd miał wiedzieć jak wyglądała Anka w tym wieku. Musiał uwierzyć na słowo – też taka była spokojna ? – Zapytał w końcu.
- Akurat nie. Była przeciwieństwem tego dziecka, płakała niemal bez przerwy.
Adasiu! – Zaniepokoiła się – a może ona jest chora, bo to takie dziwne, że nie płacze.
- Lekarz mówił, że wszystko jest w normie. Co prawda przechodziła te wszystkie dolegliwości noworodka, ale teraz jest już w porządku. Dał jakieś recepty, muszę poszukać aptekę. Poradzisz sobie? – Właściwie stwierdził niż zapytał.
- Chyba tak…. Tak – już pewniej dodała
- Zaraz wrócę, to nie powinno potrwać długo, chyba, że wstąpię do Edka, popytam o jakieś łóżeczko i wózek. Jego ostatnie dziecko już chodzi, a mówił w żartach, że czworo mu chyba wystarczy. – Uśmiechnął się po ostatnich słowach.
- Dobry pomysł, spróbuję przygotować jej coś do jedzenia……
- Ona ma na imię Basia. – Adam jakoś szczególnie zaznaczył te słowa.
Odpowiedziało mu milczenie. Wtedy nabrał pewności, że żonie nie będzie jednak łatwo poradzić sobie z zaistniałą sytuacją.
Gdy wyszedł z mieszkania, Nusia – jakby automatycznie – zaczęła wykonywać czynności pielęgnacyjne przy dziecku. Rozebrała z szpitalnych ciuszków. Wyciągnęła z dopiero, co przyniesionych pakunków, nowe ubranka i pieluszki. Przetarła dziecko mokrą pieluszką. Nie zdecydowała się jej kąpać po podróży, uważała, że mieszkanie nie zdążyło się jeszcze wystarczająco nagrzać. Postanowiła odłożyć kąpiel do następnego dnia. Miała już wcześniej przygotowane mleko i po przebraniu niemowlęcia nakarmiła je, ale nie wzięła jej na ręce.
Wolała zrobić to w bezpiecznej pozycji, na lekko uniesionej poduszce.
Targały nią mieszane uczucia, nie potrafiła pozbierać sensownie myśli.
To wszystko spadło na nią tak nagle i wtargnęło w jej zawieszoną rzeczywistość z siłą tornada.
Nawet przez chwilę marzyła o tym, aby obudzić się i stwierdzić, że to tylko sen, trwający już trochę za długo.
Dziecko zasnęło, syte i przebrane.
Z zamyślenia wyrwał świeżo upieczoną babcię jakiś zgiełk w sieni. Uspokoiła się słysząc głos męża. Drzwi się otwarły i Adam z jakimś jeszcze mężczyzną wnieśli do pokoju elementy wskazujące na metalowe łóżeczko w kawałkach.
Pan Edward skłonił się uprzejmie i z ciekawością zerknął na tapczan. Na jego twarzy odmalował się słoneczny uśmiech, i jakaś taka tkliwość w oczach. W sumie pamiętał swoje cztery powitania nowych potomków w jego, co roku powiększającej się rodzinie.
Pospiesznie wyszedł do sieni, ale zaraz wrócił taszcząc coś na wzór płóciennego worka, z pokaźną zawartością.
- Moja przebrała ubranka w szafie i te za małe dała wam. Przydadzą się. – Stwierdził stawiając na fotelu pakunek. – A jakby, co to te pierwsze dni pomoże, bo ona tak już ma, że wszystkie sąsiedzkie niemowlaki i ich mamy odwiedza…… O kurczę przepraszam pani jest babcią.
- Nie szkodzi – odparła Nusia – też jestem pewnym sensie nowicjuszką, i na pewno będę potrzebowała pomocy.
- No to ja już pójdę, a jakby, co; to wiecie……. – Rzucił jeszcze drzwiach i tyle go widzieli.
Znowu nie zdążyli nawet podziękować za te wszystkie dary……..
Basia spała spokojnie, Adam najciszej, jak się tylko dało, składał w kuchni łóżeczko. Nusia siedziała na krześle milcząca i popijała swoje wieczorne ziółka.
Niewiele rozmawiali. Zresztą dziecko spało i chyba nie chcieli jej obudzić. To była zresztą najlepsza wymówka ich milczenia.
Kiedy łóżeczko było już gotowe, postawili je na razie koło tapczanu i Adam ostrożne przeniósł poduszkę z dziewczynką i ułożył na materacyku. Nawet nie drgnęła.
W międzyczasie Nusia wygospodarowała półkę w szafie i poukładała większość ubranek.
- Trochę za mało pieluch – stwierdziła
- Trzeba dokupić – Adam uważał, że problemy należy rozwiązywać, nieważne jak, byle skutecznie.
- Poszukam tetrę w sklepach z materiałami i sama poszyję, wyjdzie taniej. – Dopowiedziała składając resztę podarunków na jednym z foteli.
Stanęli naprzeciwko siebie koło łóżeczka i jakby dla dodania sobie odwagi popatrzyli na siebie z trochę bezradnym uśmiechem.
- Jakoś sobie poradzimy, prawda Adasiu? – Ona potrzebowała tego zapewnienia, chciała je usłyszeć, aby zagłuszyć wszystkie strachy kłębiące się we wnętrzu jej serca.
- Na pewno – Chciał w to wierzyć, tak samo jak ona.
I CO DALEJ…….?
Minął miesiąc, pełen huśtawek stanu małej. Albo kilkudniowa biegunka, albo dla odmiany wymioty każdą zawartością butelki – nawet herbaty. Nusia opadała z sił nie mogąc wymyśleć sposobu na stan dziecka. Lekarze też zdawali się bezsilni. Dziadkowie wypróbowali już mleko krowie, mleko w proszku; efekt był wciąż ten sam – mała nie przyswajała do środka nic z tego, czym żyły w większości wszystkie niemowlęta.
Na szczęście w niedalekim sąsiedztwie gospodarz hodował kozy. Miał ich całkiem pokaźne stadko. Adam poszedł do niego i po wstępnej próbie , która okazała się strzałem w dziesiątkę – zaczął codziennie chodzić po świeże kozie mleko. Nareszcie maleńka zaczęła znowu przybierać na wadze, coraz rzadziej zdarzały jej się bunty małego żołądeczka i wrócił uśmiech ma maleńką buzię z ogromnymi błękitnymi oczkami. Z cowieczornej wyprawy po życiodajny dla dziecka biały płyn Dziadek wrócił trochę później.
- Byłem u Kazika – Adam wszedł do domu i strzepując deszczowe krople z parasola, usprawiedliwiał późniejszy powrót.
- A po co? – Zapytała Nusia
- Zapytałem go, czy poda Basię do chrztu.
- Nie za wcześnie? Dopiero, co przywiozłeś ją. Może poczekamy do świąt?
- Sama mówiłaś, że słaba i chorowita a w szpitalu nie chrzcili z wody bo było w miarę dobrze. Poza tym, to Ty wciąż mówisz o tradycjach kościelnych, chrzczeniu w trzecim miesiącu, więc nie rozumiem twoich pytań.
- No tak, ale Anka…….
- Co Anka ? Nie denerwuj mnie, Basia jest pod nasza opieką, więc musimy zatroszczyć się o wszystko, co potrzebne jest jej do dorastania.
- No, ale może jakoś jej poszukać, powinna być w kościele w tak ważnej chwili ….. – Nusia nie dawała za wygraną.
- Ja ci zaraz powiem, gdzie ona teraz powinna być, o ile sama tego nie wiesz? – Adam zaczął tracić cierpliwość. Zawsze tak było, gdy Nusia, próbowała za wszelką cenę wycofać się z obowiązku podjęcia konkretnych decyzji, albo po prostu nie czuła się pewna w zaistniałej sytuacji.
- Ale przecież sam mówiłeś, że kościół to instytucja i póki, co małżeństwu Anki nie posłużył…….. – Próbowała się odwoływać do jego wcześniejszych poglądów, albo może zrozumieć jakiś niewytłumaczalny zwrot w nastawieniu męża do spraw religii.
- Oczywiście, że mówiłem, ale w tym przypadku uważam, że Basia musi od nas dostać to, co powinna. Gdy dorośnie sama podejmie decyzję o tym jak chce dalej żyć. A zresztą Ankę też ochrzciliśmy – kontynuował - posłaliśmy do komunii i takie tam. Dorosła i o ślubie kościelnym zdecydowali oboje. To oni odpowiadają za jakość tego, co zrobili z przysięgą i tym, co nazywacie sakramentem. Jak już się ktoś świadomie podejmuje jakichś zobowiązań wobec Boga, to łamiąc te słowa ………- urwał zdanie.
- Zresztą wiesz co u mnie znaczy dane słowo. Żadne pieniądze nie są warte danego słowa. Jak się już coś mówi to należy się tego trzymać. Basia będzie ochrzczona najszybciej jak można i już. – Zamknął dyskusję, a właściwie swoisty monolog.
- Niby mówisz o katolikach,,wy”, a Basię chcesz chrzcić. Nie rozumiem. – Indagowała Nusia, całkiem chyba już pogubiona w dywagacjach Adama.
- Nie trzeba, żebyś rozumiała. Jak Basia dorośnie, to jej to wyjaśnię. Tobie już próbowałem…… kilka razy………. Kazik będzie chrzestnym …. I jakaś jego koleżanka. My tu i tak nikogo nie mamy, żadnej rodziny. A jakoś to trzeba zrobić.
- No a co powiemy w kościele?
- Prawdę – krótko uciął Adam – a masz inne propozycje?
- No nie wiem jak to będzie wyglądać.
- Normalnie. Dziadkowie podjęli się wychowania wnuczki, aby nie wychowywało jej państwo i chcą być dla niej rodzicami, w dosłownym znaczeniu tego słowa. Tak, jak przysięga się w dniu ślubu. Chyba pamiętasz?
- Załatwisz to? – Widać było, że Nusia nie czuje się na siłach stawić czoła rzeczywistości.
- Przecież wiesz, że tak, chociaż wiesz równie dobrze, że nie lubię klechów jak cholera? Ale to już inna bajka ….. Co Bóg winien, że ma czasem takich różnych wykonawców?
- Nie mogę tego słuchać – Nusia wycofała się do kuchni, jak zwykle, gdy dyskusja zaogniała się na takie tematy. Wolała nie prowokować dalszego rozwoju mężowskich poglądów. Zresztą znała je doskonale i wiedziała, że próba przedstawienia jej zdania, spotka się z jeszcze gorętszą lawiną trudnych do odparcia argumentów. Adam był pragmatykiem dosłownie rozumiejącym zasady dekalogu i miał poglądy raczej skrajne. Zresztą równie skrajnie je bronił.
Nusia, co prawda od rana łykała jakieś pastylki na uspokojenie, nie mogąc sobie poradzić ze świadomością niezwykłości sytuacji, – ale ogólnie na jej twarzy trudno było dostrzec objawy wewnętrznej walki, jaką toczyła sama ze sobą.
W przeciwieństwie do męża, nie potrafiła wielu spraw brać tak, po prostu….. Przywiązywała wielką wagę do wszystkiego, a zwłaszcza do opinii innych ludzi. Bała się dezaprobaty.
Nie czuła się zresztą bezpiecznie nigdzie. Lata tułaczki od momentu wypędzenia ze Lwowa, odcisnęły swoje piętno na jej delikatnej naturze i sprawiły, że wciąż oglądała się za siebie z lękiem nasłuchując, co mówią inni.
Nie ufała chyba nikomu, nie potrafiła spokojnie funkcjonować w rzeczywistości, w jakiej przyszło jej żyć.
Na wszelki wypadek stworzyła sobie jakiś swoisty wewnętrzny mały świat, w który wycofywała się mentalnie, sprawiając wrażenie obecnej tylko ciałem wśród innych ludzi.
Do tego świata nie dopuszczała nikogo i gdy okazywało się, że ktoś próbuje sforsować stworzony przez nią mur, stawała się chłodna, nieprzystępna i robiła wszystko, aby zniechęcić ,,agresora”, – bo tak traktowała tych, którzy, chcieli dostać się do jej oazy wewnętrznego spokoju.
Znowu włączyła ,,automatyzm czynności”, czyli wyprasowała koronki w beciku do perfekcji, przygotowała poczęstunek na powrót z kościoła, na szafie powiesiła odświętne, wyprasowane ubrania dla siebie i męża, położyła na stole wszystkie rzeczy potrzebne do zabrania na mszę i chrzest.
Wszystkie czynności wykonywała w milczeniu i dla postronnego obserwatora mogłoby się wydawać, że robi to z wielką uwagą i powagą.
Tylko Adaś wiedział, że najchętniej usiadłaby na tapczanie i zaczęłaby bezgłośnie płakać ( tyle lat byli ze sobą i nigdy nie mógł zrozumieć, jakie emocje są w jej sercu, nawet płacz dusiła w sobie, jakby bała się, że gdy rozpłacze się w głos, to nie będzie umiała przestać.)
Podszedł do niej w trakcie tej krzątaniny i położył rękę na ramieniu.
- Zrobię ci kawy, dobrze? Takiej mocniejszej, z mlekiem…….
- Zrób….. W mojej szklance…… dobrze mi zrobi…… - chciała w to uwierzyć tak samo jak Adaś.
Rozumieli się bez słów, jakby czytali w swoich myślach, chociaż rzadko zachowywali się jak para gołąbków. Raczej jak rodzeństwo, które wychowało się razem i znało się ,,od podszewki’
Basia leżała w łóżeczku, z główką skierowaną w stronę pokoju i obserwowała krzątaninę. Jak na prawie trzymiesięcznego niemowlaka, była troszkę malutka. Po przywiezieniu ze szpitala wymęczyły ją chyba wszystkie dostępne dolegliwości. Dominowała biegunka, i dopiero kozie mleko sprawiło, że zaczęła zatrzymywać w sobie podawany pokarm. Potem okazało się, że mąka kukurydziana, to jest to, co toleruje jej żołądek. Lekarze kiwali głowami i metodą poszukiwań doszli do wniosku, że chyba w końcu udało się opanować sytuacje. Nikt wtedy jeszcze nie znał tak dokładnie tak, jak dzisiaj, tematyki dzieci alergicznych czy bezglutenowych.
Adam doszedł po tym wszystkim do wniosku, że Basik jest wyjątkową dziewczynką i trzeba to uszanować. Najważniejsze, że w końcu udało się dojść do ,,porozumienia” z jej rozkapryszonym organizmem. Na szczęście tylko to małe ciałko miało humorki, bo Basiunia dzielnie znosiła te wszystkie niedogodności i nawet gorączka nie powodowała zbyt wielkiego płaczu.
Tylko te ogromne niebieskie oczy patrzyły na dorosłych z niemym pytaniem;,, jak długo jeszcze będzie tak paskudnie?”
Nusia w głębi duszy ufała, że chrzest będzie zwrotnym momentem w jej ciągle nawracających dolegliwościach. Dlatego gorliwie rozpoczęła przygotowania, chociaż, coś w głębi serca, kazało jej myśleć, że to wszystko jest nie tak jak powinno.
Nie mówiła tego głośno, jak zawsze zresztą, tylko rozmyślała, rozmyślała…… a czasem mrugała oczami, zatrzymując napływające łzy.

Dzień zapowiadał się pogodnie, pomimo, że pierwsze dni grudnia, jak na razie były raczej deszczowe i mało przypominające zimowe klimaty.
Na szczęście nie było zbyt zimno i oboje ,,rodzice z konieczności” oraz rodzice chrzestni pojawili się w kościele o oznaczonej porze.
Nusia szła z pochyloną głową, unikając wzroku ciekawskich ludzi, szeptem wymieniających komentarze. Natomiast Adam szarmanckim krokiem, z dumnie uniesioną głową kroczył, niosąc becik i dopiero przed samym ołtarzem, siadając w przygotowanej ławce, pozwolił wziąć maleńką rodzicom chrzestnym.
Duma, jak malowała się na jego twarzy powodowała, że szepczący ludzie milkli, a Nusia zaczęła powoli unosić głowę.
To nawet trudno było nazwać dumą, to była raczej z trudem skrywana hardość, i wyzwanie bijące z jego oczu, które sprawiało, że mieszkańcy miasteczka powoli nabierali pewności, iż jakiekolwiek pytania kierowane do Adama, spotkają się z bezpardonową reakcją.
Msza i ceremoniał chrztu, przebiegł bez zakłóceń. Ksiądz złożył wszystkim życzenia, z uwagą dobierając słowa.
Niecodziennie miał do czynienia z tak wyjątkową sytuacją.
W domu czekał obiad, gości było aż pięcioro – rodzice chrzestni, pan Edek z żoną i Władek.
,,Edkowie” zresztą szybko po obiedzie pożegnali się, tłumacząc, ze babcia zbyt długo nie poradzi sobie z czwórką maluchów. Chrzestna matka, też spieszyła się gdzieś bardzo i obdarowana pakiecikiem ciasta pożegnała wszystkich, życząc miłego biesiadowania.
Na szczęście pan Władek i ojciec chrzestny zostali, i przy lampce czerwonego wina domowej roboty, gadali o wszystkim i o niczym.
Kazik próbował zagadnąć o Ankę, ale Adam uciął szybko temat tłumacząc, że nie chciałby się denerwować, bo był u spowiedzi. Zrozumieli wymówkę i zaczęli gadać o pracy, polityce i miasteczkowych sprawach.
Nusia, najpierw zajęła się typowymi czynnościami gospodyni domu, potem nakarmiła Basię, by w końcu zrobić kawę i przysiąść się do rozmówców.
Udało jej się w ten sposób uniknąć kłopotliwych chwil. Bardziej chyba kłopotliwych dla niej samej, bo jak widać Adam świetnie sobie radził w ,,zamykaniu” tematu.
Nie tak wyobrażała sobie ten dzisiejszy, uroczysty dzień, gdy ze wzruszeniem patrzyła na Ankę składającą przysięgę małżeńską w kościele katedralnym. Jak ona pięknie wyglądała w białej sukni, z welonem na króciutkich włosach, ostrzyżonych na chłopaka.
Co prawda, tłumaczyła jej, że kobieta do ślubu mogłaby mieć trochę dłuższe włosy, ale Anka miła swój własny styl i nijak nie pasował on do tradycyjnego stroju ślubnego.
I tak cud, że dała się namówić na sukienkę długą aż do ziemi, bo zgodnie z obowiązującą modą miała zamiar wejść do kościoła w białej mini ,,koszulce”, a tego nie zniosłaby nie tylko matka, ale i wszystkie obecne w kościele kobiety. Nie było ich tak dużo, ślub był w gronie najbliższych, ale Nusia starała się przynajmniej mieć wpływ na wygląd córki w tak ważnym momencie życia.
Potem coraz bardziej upewniała się, że Anka ani ślubu, ani małżeństwa, ani męża nie potraktowała zbyt poważnie.
Ot, fanaberia kobiety o mentalności podlotka, jakże popularnej wśród większości jej rówieśnic.
Chwila, kaprys, drobna kłótnia powodowała szybkie myśli o rozstaniu, i jeszcze szybsze wprowadzanie ich w czyn.
Nusia jeszcze miała nadzieję, że Anka w końcu pozbiera się, uspokoją się rozszalałe hormony, właściwe dla stanu ciąży.
Niestety, zawiodły ją pobożne życzenia. Anka pomimo stanu ciąży znikała ,,diabli wiedzą gdzie” – jak mawiał Adam, a Zyga śpiewając ,,do kotleta” po ,,pracy” zapijał nieszczęśliwą miłość.
Wszystko ,,sypało się” w rekordowym tempie i w końcu pękło, gdy okazało się, że szpital nie wie, co począć z małym noworodkiem.
TO NIE KONIEC KŁOPOTÓW……..
Niby wszystko toczyło się zwykłym rytmem, pierwsze trzy lata dzieliły się na miesiące normalne i te z dusznościami – ,,fachowo” nazwanymi przez lekarzy ,,krztuścem”.
Jak mawiał Adam – Diabli wiedzą, co to za cholerstwo? Studia kończą, dyplomy mają, a jak przychodzi, co, do czego, to guzik wiedzą…… - pogardliwie podsumowywał rozmaite diagnozy.
Ostatnio jednak, chyba coś zaczęło się dziać niezbyt dobrze. Basia słabła, przeziębienia stawały się chroniczne.
Adam zaczął znosić do domu jakieś ,,zielsko” ( jak mówiła Nusia) i po wysuszeniu rozdzielać do osobnych torebek.
Przypominał sobie to, o czym w tamtym czasie nie wolno było zbyt głośno mówić, aby nie być posądzonym o szarlatanerię i znachorstwo.
Kryzys pojawił się pewnej styczniowej nocy. Oboje nie spali, bo Basia miała tak ciężki oddech, jakby cały świat zwalił się na jej drobne żebra. W pewnej chwili Adam zorientował się, że oddech się rwie i dziecko jakby się zapadało. Wygarnął małą w pośpiechu z łóżeczka, naprędce owinął kocem, potem w biegu ubrał kurtkę, buty i wybiegł w mroźną noc. Nie zwracał uwagi na mróz kąsający go w policzki, nawet na brak czapki i szalika. Miał jeden cel. Jak najszybciej dobiec do szpitala.
Droga dłużyła się w nieskończoność, tylko jak mantrę powtarzał słowa; ,,oddychaj, Basik oddychaj, nie przestawaj, proszę…..” W końcu zobaczył światła budynku szpitalnego i pomimo oblodzonej drogi pod nogami, przyspieszył kroku.
Basia słyszała słowa Dziadziusia, pomimo, że coraz trudniej było jej zmusić żebra do ponownego uniesienia się w górę.
Ale jego głos czynił coś więcej – uspakajał jej lęk, wiedziała, że jak Dziadziuś mówi, to nic jej nie grozi, tak jakby odpędzał wszystkie złe zmory i straszydła.
W szpitalu wzięli mu z rąk tracącą przytomność dziewczynkę i zostawili go na środku korytarza, zdyszanego i roztrzęsionego.
Usiadł na ławce i dopiero w tym momencie poczuł zmęczenie, spojrzał na zegarek. Była czwarta rano. Za godzinę powinien iść na pociąg wiozący go do pracy.
Machnął ręką; ,,Niech się dzieje co chce, nie ruszę się stąd dopóki nie dowiem się co z Basią” – powiedział do siebie półgłosem.
Po chwili lekarka wyszła do niego z gabinetu.
- Panie Adasiu ( znali go już chyba wszyscy lekarze w miasteczku z powodu chorowitości wnuczki ) – sytuacja chyba opanowana. Podaliśmy zastrzyk rozkurczowy, oddech się wyrównał, udało się uniknąć intubacji. Ale nadal nie potrafię zrozumieć, dlaczego Basia tak gwałtownie reaguje na przeziębienie. To chyba nie jest tak do końca główny powód. Czy ma Pan prawną opiekę nad wnuczką? – Zapytała - bo dam Panu zaświadczenie do pracy.
- Nie mam – znowu uświadomił sobie, ze wciąż coś było ważniejsze niż rozstrzygnięcie sytuacji prawnej wychowywanego dziecka.
Rozmawiał, co prawda z jakimś prawnikiem, ale rozmowa była luźna i na samą myśl o liczbie koniecznych formalności, złapał się za głowę. Zwłaszcza, że na początek należało założyć sprawę o pozbawienie rodziców praw rodzicielskich, aby móc sprawować opiekę nad małą.
Nie chciał tego robić ze względu na Nusię. Chociaż doskonale wiedział, że ten moment w końcu musi nadejść.
Te przemyślenia przekonały go, że nadszedł czas, aby wreszcie uporządkować życie swoje, żony i tej małej istotki.
Znowu odruchowo podniósł głowę do góry, obiecując sobie w myślach, że sentymenty przestaną być jego doradcą.
- Panie Adamie niech pan wraca do domu – lekarka widziała, że Adam, z trudnością ukrywa wyczerpanie.
- Nie ma mowy, ona bardzo się boi obcych ludzi, jak straci mnie z oczu duszności wrócą. Nie mogę. Poczekam jak się ocknie.
- Ale to może potrwać, podaliśmy w zastrzyku lek uspakajający, będzie spała, bo jest bardzo wyczerpana niedotlenieniem.
- Nieważne – jak się obudzi musi mnie zobaczyć, bo będziecie mieli powtórkę.
- Rozumiem, że sytuacje lękowe u wnuczki też powodują reakcje duszności ? – Lekarka jakby chciała się utwierdzić w usłyszanych słowach.
- Tak, w pewnym sensie tak….. Ale to nie jedyny powód.
- Czy zdarzyło się że czegoś się na przykład przestraszyła ?
- Nie przypominam sobie. Ale ona boi się wielu rzeczy……. Pędzącego pociągu, wysokich hal, na przykład na dworcu kolejowym chowa głowę w mój płaszcz. Tak jakby bała się przestrzeni.
- Czy często przytula ją ktoś ? – Lekarka zaczęła ostrożnie stawiać pytania.
- Jak wracam z pracy zawsze biorę ją na kolana i opowiadamy sobie o minionym dniu.
- A żona ?
- ……… myślę, że tak….. – Nie wiedział co powiedzieć, nie chciał postawić Nusi w złym świetle. Zresztą nie ma mnie wtedy w domu. – Zakończył pewniejszym głosem.
- Mam wrażenie, że Basia w ten dziwny sposób okazuje pewne objawy choroby sierocej. Większość dzieci kiwa się, kołysze, na przykład w domach dziecka. U niej natomiast pojawia się lęk przed przestrzenią, pustką. A organizm na lęk reaguje dusznością. Potęguje to jeszcze jej dziwna skłonność do łapania, wszelkich przeziębień. Ma bardzo podatny organizm. Osłabienie odporności, to też cecha sierot.
- Ale przecież ona nie jest sierotą !!! – Adama aż podniosło z ławki z oburzenia
- Panie Adamie, nic takiego nie miałam na myśli, przepraszam za złe sformułowanie. Basia po prostu czuje więcej niż inne dzieci, ona jakby ,,wiedziała”, że matka ją odrzuciła. To zakodowało się w jej podświadomości i ona się broni, jak umie.
- To co ja mogę zrobić? – Nawet nie zauważył, że nie zadał pytania w imieniu swoim i żony. Nie uszło to uwagi lekarki.
- Trzeba ją kochać z całych sił, może uda się przekonać jej podświadomość, że jest bardzo ważna dla was.
- A co my robimy ? Staramy się jak umiemy. – Adam z całych sił starał się przekonać i siebie i swoją rozmówczynię.
- Nie wątpię, ale na pewne sytuacje nie mamy wpływu, trzeba tylko ufać, że Basia poczuje się bezpieczna.
- A jak nie ?
- To będzie cierpieć w środku i poniesie ten bagaż w dorosłość.
- Mówi to pani z taką pewnością, jakby tak musiało być……….
- Bo na razie nie wynaleziono panie Adamie lekarstwa na brak miłości. – Zawiesiła głos, by po chwili dodać – zajrzę do sali, jak Basia się czuje, jak pan chce możemy pójść tam razem.
- Dziękuję, zwłaszcza za wyrozumiałość.
- Niektórzy potrafią kochać za dwoje, troje……….- Ściszyła głos, licząc na to że odgłos kroków, zagłuszy końcówkę zdania.
Weszli do sali. Na łóżeczku, spała spocona dziewczynka, oddychając tlenem podawanym z prowizorycznej dmuchawki skierowanej na twarz dziewczynki, maska mogła ją przestraszyć. Drugi wężyk podawał opary inhalacji z jakiegoś urządzenia. Rączka unieruchomiona jakimś paskiem miała podłączoną kroplówkę.
Cały widok był jak z koszmarnego snu. Adam aż wstrząsnął się jakby mu się naraz zrobiło przeraźliwie zimno.
- Niech się pan zdrzemnie, położę panu koc na łóżku obok. – Lekarka widziała, że nic i nikt nie będzie w stanie oderwać Dziadka od łóżka dziecka. Nawet nie próbowała.
- Dziękuję.
- Gdyby coś się działo…… - zawiesiła głos
- Nie ma obaw, nauczyłem się już słuchać ją nawet gdy śpię – Adam uspokoił lekarkę, że ma już doświadczenie i można na niego liczyć.
- W takim razie do rana, jak będzie spokojnie nie będę robić w tej sali obchodu. Sen jest wam obojgu bardzo potrzebny.
….DLACZEGO BOISZ SIĘ BASIU ??
- przecież pociąg jest daleko, chciałem zrobić ci ładne zdjęcie ….. – Adam tłumaczył roztrzęsionej dziewczynce, że przecież nic złego ją nie spotka ze strony stalowego smoka, który w dużej odległości przemierzał świat na szynach.
- ……bbbbo to tak głośno….. – Basia nie potrafiła spokojnie wyjaśnić swojego lęku.
Bardziej niż jej strachu, Adam bał się konsekwencji. Basia miała taką dziwną cechę odreagowywania złych doświadczeń w późniejszym czasie, nawet po upływie jednego, a nawet dwóch dni.
Byli po kolejnej przeprowadzce…. Znowu wynajęte jakieś mieszkanie w baraku, bo na lepsze nie było ich nigdy stać.
Od jakiegoś czasu Adam nie mógł sobie poradzić z rzeczywistością, praca nie dawała wystarczającej ilości środków na utrzymanie rodziny. Nusia czasem coś komuś uszyła, alimenty od ojca małej były bardziej niż symboliczne, Anka czasem przysłała jakąś widokówkę – pozdrowienia dla wszystkich ….. Kompletnie nie przejmowała się, że JEJ dziecko żyje, ma jakieś potrzeby, rośnie … A o tym że choruje też pewnie nie wiedziała, bo w ogóle nie pytała o dziecko. Co prawda udało się przeprowadzić proces odebrania matce praw rodzicielskich, ale nie miało to żadnych konsekwencji finansowych, poza dodatkiem rodzinnym i możliwością otrzymywania paczki gwiazdkowej w zakładzie pracy Adama, czyli w stoczni.
Zbliżał się nieuchronnie czas wysłania Basi do szkoły. Co prawda tylko do klasy przygotowawczej ( dzisiaj nazywanej zerówką ), ale wyposażenie takiego malucha też wymagało jakiś nakładów.
Nusia chodziła do zakładu krawieckiego do pomocy, dzięki temu dostawała jakieś pieniądze, ale mogła też z resztek uszyć dziewczynce jakiś ładny ciuszek.
Basia dzięki zdolności babcinych rąk, miała ubranka oryginalne, często przerabiane z podarowanych jej ubrań od życzliwych znajomych. Nie lubiła tylko grubych wełnianych rajstop, bo jak mówiła - ,,gryzą” ją w nóżki i robiła wszystko żeby ich nie zakładać, albo wynegocjować założenie bawełnianych. To z kolei nie odpowiadało babuni, bo brzydko się układały na nóżkach i miały szare kolory. W efekcie zawsze rano była ,,wojna”, z groźbami, krzykiem i kolejnymi duszącymi kaszlami, nazywanymi przez Babunie ,,idiotyczną histerią”.
W końcu dziadzio doszedł do wniosku że ma dosyć tego wszystkiego, przyniósł skądś ładny granatowy materiał ( później się okazało, że to był zwykły drelich z gatunku kwasoodpornych, stąd jego połyskliwy granatowy kolor), i Babunia niezadowolona z takiego obrotu sprawy ( dziewczynka powinna nosić sukienki ), uszyła Basi kilka par spodni.
Jakaż to była radość !!! Można było wreszcie założyć pod spód ,,szare bawełniaki” bo i tak nie było ich widać a swoboda poruszania się pozwalała włazić na wszystko co choć trochę było oddalone od powierzchni ziemi.
Wszystkie płoty, drzewa, murki i inne przeszkody przestały być poza zasięgiem Basinych nóżek i rączek. Nieważne, że po powrocie do domu w warkoczu sięgającym poniżej pasa można było znaleźć cały okoliczny zielnik ( najtrudniej było wydłubywać z włosów ,,rzepy” czyli łopianowe kulki ).
Zawsze taka ,,operacja” odbywała się przy akompaniamencie babcinych ,,pogróżek”, że następnym razem nożyczki pójdą w ruch i ,,poobcinam te kudły razem z tym paskudztwem”.
Na szczęście Dziadzio spokojnie wyjmował Babuni grzebień i szczotkę, gdy widział, że jeszcze moment a groźba może się spełnić, i kończył wyczesywanie zielska, rozplątywał pasma jasnych jak len loków, zaplatał warkocz - ,,aby w nocy się nie poplątały” i na pocieszenie łez płynących z wielkich niebieskich oczu robił kakaowy kogel – mogel.
Gorzej po takich wybrykach wyglądały spodnie. Materiał był co prawda drelichowy i kwasoodporny, ale nie był ,,druto… ani drzewo – odporny, a już na pewno nie był cemento - odporny.
Basia zawsze wracała do domu z nowym powodem do brania spodni w ręce i zastanawiania się, jak tym razem zaszyć lub załatać dziurę – czy wystarczy zwykła igła ręczna czy raczej będzie to ,,remont kapitalny” na maszynie do szycia - włącznie ze wstawieniem pokaźnego fragmentu materiału.
Ostatnio jednak sen z oczu Dziadzia spędzał temat wyprawki do szkoły. Na szczęście w pierwszej klasie wymogi nie były zbyt duże i Basia pomaszerowała z tekturowym tornistrem, w połyskliwym czarnym fartuszku zapinanym na plecach, w ,,juniorkach” i z Elementarzem Falskiego, ułożonym równiutko wśród zeszytów i drewnianego piórnika.
Niestety przyzwyczajona dotychczas do towarzystwa dwojga dorosłych ludzi i trzech dużo starszych od siebie chłopców ( synów gospodarzy), nie potrafiła znaleźć wspólnego języka z rówieśnikami. Nie było to łatwe tym bardziej, że Basia w szkole po prosty śmiertelnie się nudziła. Nikt z koleżanek i kolegów nie potrafił płynnie czytać, a Basia była już na etapie ,,Dzieci z Bullerbyn”, nikt też nie umiał grać w szachy, a żadna dziewczynka nie umiała szydełkować przeróżnych ubranek dla swoich lalek. Basia więc coraz częściej miała ochotę uciec do domu, do tych, którzy potrafią więcej od niej albo przynajmniej tyle samo.
Wrzesień i październik przeszedł spokojnie, chociaż coraz częściej Dziadzio wracał ze stoczni do domu z bardzo poważnym wyrazem twarzy i półgłosem naradzali się z Babunią w kuchni. Basia nic z tych rozmów nie słyszała, czuła tylko że dzieje się coś niedobrego, coś ,,wisi” w powietrzu.
Grudzień przyniósł ze sobą burzę zdarzeń, które w konsekwencji doprowadziły do tego, że którejś nocy, obcy mężczyźni w środku nocy przyjechali jakimś ciężarowym samochodem i w błyskawicznym tempie wynieśli cały dobytek na przyczepę. Basia rozespana i przerażona dała się bez słowa ubrać w kilka warstw odzieży. Wsiedli do jakiegoś samochodu osobowego i razem z synem gospodarzy pojechali do Gdańska.
Droga dłużyła się niemiłosiernie, bo w samochodzie panowało milczenie, aż do celu podróży. Kierowca wysadził ich już w samym centrum miasta. Resztę drogi musieli przejść pieszo. Musiało być bardzo wcześnie bo na dworze było dosyć szaro, a wokół kłębił się gryzący dym. Poruszali się szybko, co chwilę przystając w cieniu bram kamienic na Długim Targu. Z przodu szedł jakiś obcy pan, w środku Babunia i Basia a z tyłu Janek – syn gospodarzy od których w taki dziwny sposób się właśnie wyprowadzili. Dziadzia nie było i Basia ciągle rozglądała się wokoło, licząc że jest gdzieś w pobliżu.
Niestety nie było i przerażenie dziewczynki potęgowało się z każdą chwilą. Gdzieś w oddali słychać było dziwne trzaski, kilka z nich nawet bardzo blisko. Po tych najbliższych Basia usłyszała krzyk Babuni, a potem – gdy chciała się obejrzeć za siebie, Babunia siłą skierowała jej głowę do przodu i popchnęła, aby przyspieszyć kroku. Do dworca dotarli niebawem i po przejściu kilku torów, z pomocą kolejarzy weszli do wagonu towarowego. W półmroku Basia rozpoznała znajome kształty. Były to fragmenty sprzętów domowych, i ogromna ilość pudeł.
Dziadzia dalej nie było, a na pytanie ,,gdzie jest Janek ?” nie usłyszała żadnej odpowiedzi, tylko Babunia odwróciła głowę i jakoś tak dziwnie ni to załkała ni to westchnęła.
Drzwi wagonu zostały zsunięte, Babunia wyciągnęła jakiś chleb i butelkę z herbatą ( była letnia) i zjadły coś w rodzaju śniadania. Długo trwało, zanim ciężkie wagonowe drzwi znów się odsunęły i NARESZCIE Basia zobaczyła Dziadzia.
Wdrapał się do wagonu i przytulił je obie do siebie, jakoś tak mocniej niż zawsze, na dodatek bez słowa. Milcząc wziął chleb i butelkę z herbatą, zjadł to co zostało a potem na tapczanie z pierzyn wymościł legowisko i położył dziewczynkę, prosząc by spróbowała zasnąć, bo jak powiedział - ,,czeka nas długa droga”.
Gdy się obudziła, było znowu ciemno, ale pociąg jechał. Babunia spała obok, a na kartonach siedział Dziadzio i przez lekko uchylone drzwi wagonu patrzył na mijany krajobraz.
- Gdzie jedziemy? – Basia trzymając się po drodze zawartości wagonu dotarła do Dziadka.
- Daleko. Będziesz miała nowe koleżanki, pójdziesz do nowej szkoły…. – Adam w taki sposób chciał uspokoić wnuczkę i odwrócić jej uwagę od niezwykłości sytuacji.
- A czemu musimy tam jechać ?
- Bo chciałem znaleźć dla nas lepszy dom, w ładniejszym miejscu…. Spodoba ci się – zapewnił.
- Aha ! A kiedy tam będziemy ? – Basia zaczęła cykl dociekliwego poszukiwania informacji.
- Za kilka godzin. Napewno zdążysz jeszcze trochę pospać.
- Dziadziu, mnie wcale nie chce się spać.
- Zauważyłem. W takim razie poszukamy coś do jedzenia. Babcia na pewno zdążyła coś jeszcze przygotować.
- Uhmm, tylko gdzie mam szukać ?
Na szczęście udało się dosyć szybko znaleźć torbę z jedzeniem i znowu posiłek, odwrócił uwagę dziecka od rzeczywistej sytuacji. Nusia też przebudziła się i w milczeniu dołączyła do nietypowej uczty, wśród kartonów i rozmontowanych na elementy mebli.
Dopiero wiele lat później dowiedziała się, że Adam uniknął aresztowania, a może nawet czegoś gorszego i ocalił siebie i rodzinę od niechybnego nieszczęścia. W 1970 roku, w stoczni działy się bardzo ważne, historycznie, rzeczy, w które wplątany był także on. Ta ucieczka, to była ostatnia chwila, dzięki której mógł być nadal z żoną i wnuczką.
NOWE MIEJSCE
Tak w ogóle, to na wsi jest jakoś inaczej. Po podwórku biegają kury, kaczki, na łańcuchu szczerzy zębiska jakiś ujadający kundel, a dzieci, z domu w którym zamieszkali, patrzą na dziewczynkę z jakąś rezerwą. Basia też nie jest skora do zawiązywania bliższych relacji z dziewczynkami. Po pierwsze – dlatego, że to dziewczynki, a po drugie – z powodu ich zachowania. Nie kwapią się do wspólnej zabawy, coś szepcą między sobą, maja jakieś swoje tajemnice……
- Nie to nie !
Basia wychodzi więc na podwórko sama, trochę pohuśta się na huśtawce zrobionej z deski na dwóch sznurach zawieszonej na ogromnym drzewie w rogu podwórka. A kiedy nikt nie zwraca na nią uwagi, po cichutku, bokiem wzdłuż płotu, wymyka się za stodołę i już jest w lesie.
Tutaj jest tak tajemniczo, cicho, słychać tylko ptaki wysoko wśród gałęzi drzew, kroki są cichutkie w grubej warstwie igliwia. Można usiąść na ziemi, albo na jakimś powalonym drzewie i zasłuchać się w odgłosy lasu.. Gdzieś z daleka porykują krowy na pastwisku, w domostwach szczekają psy, pewnie tak samo uwiązane jak Azor, przy budach, na zgrzytających łańcuchach.
Często przychodzą tutaj razem, z Dziadziem i zbierają szyszki do worków, aby było czym napalić w piecu, zbierają też chrust i powalone gałęzie
Dziewczynka usiadła na powalonym konarze drzewa, rozmyślając nad dziwnością świata, w jakim przyszło jej żyć. Po co właściwie tu przyjechali, dlaczego teraz jest tak mało wszystkiego co jest potrzebne. Gdyby nie zdolności dziadzia do ,,wyczarowywania znikąd” niezbędnych do życia pieniędzy, pewnie w ogóle nie mieliby co jeść. Babunia też stara się, jak może; poprawia i szyje ubrania, pościel, zasłony, czasem worki….. Basia wyrosła już ze wszystkiego co było do tej pory kupione a na nowe nie ma skąd wziąć pieniędzy. Ludzie na wsi też mniej chętnie dają coś po swoich dzieciach, bo tutaj donasza się odzież i buty aż do zdarcia. Na wiosnę ma być komunia, a Basia nawet nie wie czy będzie miała sukienkę.
- Ale Dziadzio na pewno coś wymyśli – w duchu pociesza się dziewczynka – przecież on wszystko potrafi.
Z zamyślenia wyrywa ją wołanie.
- Aha, chyba obiad. Znowu placki i herbata z lipy. Żeby tak jakiś kawałek kury, a może jajko……..
Obok za ścianą ich mieszkania, słychać często śmiech sąsiadek – to trzy siostry; Iwona, Hania i Marzenka. Ich tata pracuje na kolei, mama jest w domu. Na parterze mieszkają ich dziadkowie. Basia z Dziadkami zajmuje pokój z kuchnią obok. Meble przywiezione wagonie zmieściły się w małej klitce. W kuchni, przez którą przechodzi się do pokoju stoi tylko stół i kredens, oraz stojak z miską i dwa wiadra z wodą.
Tam za ścianą są ładne meble, kuchnia i pokoje są duże a w największym z nich stoi pudło podobne do radia tylko że widać w nim obrazy, to telewizor.
Wieczorem Pani Zosia zaprasza Basię na dobranockę, ale dziewczynka niechętnie wychodzi z domu. Woli swoje książeczki, a przede wszystkim woli grać z Dziadziem w szachy.
Bo wieczorem Babunia idzie za ścianę do Pani Zosi, a Dziadzio wraca do domu i mogą się wreszcie sobą nacieszyć.
Dziadek pięknie opowiada o tym co robił cały dzień.
A robi różne rzeczy; a to u kogoś rąbał drzewo, a to pomagał przy świniobiciu, a to znowu wziął z domu maszynę do pisania i cały dzień siedział u jakiegoś gospodarza i pisał ludziom różne ważne pisma do urzędów.
Dziadek zna się na wielu sprawach i potrafi zrobić bardzo wiele.
A jak pięknie opowiada o ziołach i roślinach, ptakach drzewach i w ogóle o wszystkim co jest na tym dziwnym wiejskim świecie. Można słuchać godzinami i wcale nie tęskni się do telewizyjnych audycji.
Szkoła to osobny rozdział w życiu wnuczki Adama. Co prawda jest niedaleko od ich domu, ale aby do niej dotrzeć trzeba przejść przez odcinek drogi dosyć niebezpieczny jak na dziecko od kilkunastu tygodni mieszkające w nieznanej sobie okolicy. Więc dzieci w klasie znalazły powód aby wyśmiewać się z niej, że codziennie jest odprowadzana i odbierana po lekcjach.
Nie czuje się z tym szczęśliwa. Tym bardziej że i tak ma tysiąc innych powodów, aby czuć się odmieńcem; tornister jest poniszczony, połatany przez Adama łatkami z dermy przyszytymi dratwą, fartuszek nie jest tak jak u innych dzieci jasnoniebieski tylko czarny, zeszyty i książki poobkładane są papierem, a nie w kolorowych plastikowych okładkach….. Dużo by wymieniać powodów, dla których mała ma coraz mniej ochoty na chodzenie do szkoły.
Na szczęście pani w klasie stara się jak może podkreślać zdolności Basi. Często więc dziewczynka czyta jako pierwsza teksty z książki, robi to nad wyraz płynnie z doskonałą dykcją.
Też, często proszona jest o pisanie na tablicy, ma bardzo ładny charakter pisma. Dziadek ćwiczy w domu regularnie z nią, zwłaszcza pisanie stalówką zanurzoną w zielonym atramencie.
NIEZWYKŁE WYDARZENIA
Rano w niedzielę, gdy wszyscy szli do kościoła przez wioskę przejeżdżały dziwne wozy z białymi budami. Było ich kilka. Przejechały i według wieści roznoszących się po wsi stanęły pod lasem. Basia dostała kategoryczny zakaz oddalania się z domu. Ale na szczęście Dziadek, po południu wziął Basię ze sobą i poszli obejrzeć dziwnych przybyszów.
Okazało się, że cyganie rozlokowali się już na dobre a Dziadek, ku zdumieniu małej towarzyszki wspólnego spaceru, rozmawia z nimi jakimś dziwnym językiem. Okazało się, że Adam zna trochę język cyganów i zaraz zostali gościnnie zaproszeni do środka kręgu stojących wozów.
Małe dzieci, o bardzo ciemnych włosach, ukradkiem zachodząc z tyłu, dotykają warkocza dziewczynki. Podziw budził jego kolor, rzadko kiedy można było zobaczyć tak jasne włosy u dziecka, prawie białe. Babunia jeszcze do dziś płukała jej włosy rumiankiem, zbieranym przez dziadka na łąkach.
Kiedy usiedli na postawionych też w krąg, jak wozy, ławkach z drewna, zostali poczęstowani gorącą zupą w miseczkach, w których oprócz warzyw pływały kawałki mięsa.
Potem Adam odesłał Basię do dzieci, aby się pobawiła, a sam zaczął rozmawiać w tym dziwnym języku z mężczyznami.
O dziwo, bardzo szybko udało jej się rozpocząć wspólna zabawę z dziećmi z obozowiska. Starsi chłopcy na wyścigi przynosili jej różne przedmioty. Czasem były to zabawki zrobione z drewna, czasem jakieś zrobione ręcznie bransoletki, lub koraliki, a dziewczynki przebrały ja w spódnicę do samej ziemi, rozpuściły jej włosy i zaczęły uczyć tańczyć…. Nawet spodobało jej się tam, do tego stopnia, że gdy przyszłą pora wracać, niechętnie przebrała się w te rzeczy w których przyszła. Na szczęście Adam obiecał dziecku, ze jutro po szkole będzie mogła tu przyjść znowu.
Tak zaczął się w ich życiu czas obfitszych obiadów, częstszych nieobecności Dziadzia w domu ( jeździł z cyganami po okolicy, ,,bieląc”, kadzie, kotły, i inne urządzenia, których renowacje znali jedynie ci dziwni ludzie i…. O dziwo – jej dziadek), a dla Basi nastał czas zabawy wśród dzieci, które nie traktowały jej jak odmieńca, chociaż miałyby do tego o wiele więcej powodów.
Wioskowe dzieciaki, zbliżyły się do Basi, bo ona mogła tam chodzić, a im rodzice zabraniali ( zabobon mówiący o porywaniu dzieci przez cyganów, dotychczas istniał wśród lokalnej społeczności). Tak z odrzuconej na początku, stała się ,,gwiazdą” wśród rówieśników. Na wyścigi wypytywały ją o wszystko co tam mogła oglądać.
Z początku nieufnie, ale potem coraz barwniej zaczęła opowiadać im o chwilach spędzanych wśród dziwnych ludzi o ciemnej skórze i włosach.
Nie miała jednak na to zbyt wiele czasu bo obóz wkrótce miał się zwinąć, chciała więc jeszcze nacieszyć się nowo poznanymi przyjaciółmi. Ale obiecała sąsiedzkim dzieciakom, że na pewno o wszystkim im opowie, jak tylko będzie dłużej w domu.
Zresztą zbliżał się czas komunii świętej i dodatkowo chodziła z Dziadziem na plebanię do przymiarki. Gospodyni księdza szyła jej przepiękna suknię, długą, jak te cygańskie, z lśniącego atłasowym wzorem białego materiału.
Co prawda mogła tę suknię uszyć Babunia, ale Pani gospodyni chciała aby prezent był pełny, to znaczy gotowa sukienka, wianek z mirtu z powplatanymi konwaliami, i zrobiona na szydełku śliczna torebka. Ksiądz z miasta przywiózł jej świecę, książeczkę w mięciutkiej białej okładce i różaniec – co prawda nie biały, ale miał lśniące brązowe koraliki i malutki krzyżyk z figurką Pana Jezusa.
Mówił, że to włoski, z Rzymu, tam gdzie mieszka Ojciec święty.
Ksiądz był zresztą wspaniały, miał w kieszeniach sutanny zawsze pełno cukierków, na religii zabierał dzieci na spacery do lasu i opowiadał im o aniołach, Panu Jezusie i świętych, jednocześnie pokazując im uroki okolicy. Tak samo jak Dziadzio, i chyba dlatego Basia bardzo polubiła księdza Lucjana.
Najdziwniejsze, że Dziadzio też dogadywał się z księdzem, chociaż z reguły szło mu to opornie z innymi kapłanami. Widocznie też umiał dostrzec różnicę między ludźmi w kościele.
Wozy spod lasu odjechały, Dziadek zapełnił spiżarnię na dłuższy czas, sukienka była gotowa i wielkimi krokami zbliżał się czas wakacji.
Komunia odbyła się w atmosferze uroczystej doniosłości, a Babunia upiekła nawet tort kawowy, którego obecność na stole oznaczała, że w domu obchodzone jest wyjątkowe święto.
Niestety, o prezentach podobnych, do tych jakie dostali inni z Basinej klasy, mogła ona tylko pomarzyć. Dlatego po powrocie z kościoła we trojkę usiedli przy okrągłym stole, zjedli uroczysty obiad z wspaniałym tortem na deser i wspólnie poszli na spacer.
Dziadzio nie mógł nawet zrobić Basi zdjęć z tych pięknych chwil, bo pół roku wcześniej, gdy bieda zajrzała do ich rodziny – sprzedał aparat, aby można było kupić Basi buty na zimę i ciepłą kurtkę.
Na spacerze dowiedziała się, że jak tylko skończy się rok szkolny, pojada do innego miasteczka, bo Dziadziowi udało się znaleźć prace w odległej fabryce.
W takim dniu to była trochę smutna wiadomość, ale chyba nie zdążyła się za bardzo przyzwyczaić do miejsca, więc raczej z zaciekawieniem zaczęła wypytywać o to wszystko, co mogło ją tam czekać.
I ZNOWU W NOWYM MIEJSCU……
Na początek zaczęło się fatalnie. Najpierw zachorowała Babunia i Dziadzio chcąc utrzymać pracę, a nie znając nikogo w nowym miejscu, musiał coś zrobić aby podczas pobytu żony w szpitalu, ktoś zajął się dzieckiem.
Stanęło więc na tym, że dziewczynka na dni powszednie będzie przebywać tymczasowo w pobliskim domu dziecka, a na niedziele będzie wracać do domu. Dziadek z całych sił obiecał jej, że nie potrwa to zbyt długo, Babunia na pewno wyzdrowieje i jak tylko będzie w domu, silniejsza – to koszmar życia w ,,bidulu” skończy się.
Dotrzymał słowa i już na ,,gwiazdkę”, Basia wróciła do domu na stałe. Musiała dopiero teraz poznać nową szkołę. Całe wakacje i prawie cztery miesiące szkoły mieszkała w miejscu z najgorszych sennych koszmarów.
Na długo zapamiętała, dokuczanie dzieci, które zazdrościły jej że ona może co tydzień jechać do domu i ktoś ją zabiera. A w domu musiała znosić docinki miejscowych, ze ,,sierota” i ,,podrzutek” z bidula, i pewnie ten ,,stary chce ją adoptować, więc na próbę przywozi ją na niedziele do domu”.
Na nic zdały się jej we łzach gorące zapewnienia, że mieszka z nim i Babunią od zawsze i tylko na chwilę jest ,,tam”.
Dzieci wiedziały tylko to, że ani w wakacje, ani w roku szkolnym ona nie mieszka z tym siwym panem, a jego żona gdzieś wyjechała ( ,,pewnie go zostawiła&rdquo
.
Kres plotkom położył dopiero fakt, gdy i babunia wróciła do domu i po kilkunastu dniach Basia zamieszkała wraz z nimi i poszła do kolejnej ( czwartej w jej krótkim 10 – letnim życiu ) szkoły.
Znowu tak samo, nowe miejsce, nowe dzieci, ale Basia była już trochę starsza, można powiedzieć, że miała więcej doświadczenia ( może niekoniecznie dobrego), i więcej wiedzy o ludziach z różnych miejsc. Powoli tworzyła swój własny świat wewnętrzny. Składał się z nieodzownej obecności Dziadka w jej życiu, i książek, książek i jeszcze raz książek…..
W ten wypracowany spokój wkradły się niespodziewane wieści ……
Pojawiła się z nikąd pani, z wyglądu przypominająca kobietę ze zdjęć w szarym pudełku z szafy. Przyjechała niespodziewanie, pachnąca mocno perfumami ,,Być może” i dymem tytoniowym. Ten zapach znała Basia ze środowiska Dziadka znajomych. Palili zwykle mężczyźni. A tu kobieta, co chwilę zapalająca nowego papierosa, siedząca przy stole i żywo opowiadająca o jakimś mieszkaniu w bloku, jej nowym mężu, dużym mieście i jeszcze innych zagadkowych sprawach.
Dziadek słuchał w milczeniu. Jego żona ostatnio coraz bardziej podupadała na zdrowiu, traciła wzrok i pootwierały się jej na nodze paskudne krwawiące rany. On miał jeszcze kilkanaście miesięcy do uzyskania emerytury i bardzo starał się aby, w pracy wszystko było, jak najlepiej. Tym bardziej, że cały czas bał się o swoją polityczną przeszłość. Propozycje ,,marnotrawnej córki” brzmiały dosyć rozsądnie, ale postanowił jeszcze poczekać.
Niech Basia skończy czwartą klasę – powiedział - pobędzie na wakacjach jeszcze z nimi a potem się zobaczy. Nie ma pośpiechu. Dopiero co nawiązała jakieś przyjaźnie i nie chciał jej znowu fundować kolejnych przenosin. Zresztą Anka była świeżo po stracie dziecka, które urodziło się z wadą serca, zmarło po kilkunastu dniach i lepiej niech pozbiera się po tym, zanim zdecyduje się na wzięcie córki do siebie. Mówiła ona, co prawda, że mogą im odebrać szanse mieszkania w 2-pokojowym mieszkaniu, bo są bezdzietni, a tylko rodzinie z dzieckiem przysługuje służbowe mieszkanie 2 – pokojowe.
Więc Dziadek przystał na to, aby powiedziała w tym ich urzędzie, że ma córkę z poprzedniego małżeństwa i zanim Basia tam pojedzie, to nie każą im się przeprowadzać.
ZNOWU NOWE MIEJSCE ????
Czwarta klasa minęła, jak z bata strzelił, koleżanki i koledzy już marzyli o wakacjach, Pani mówiła na akademii zakończenia roku szkolnego, że będzie z utęsknieniem czekać na swoją klasę, ale Basia już wiedziała, że raczej jej te słowa już nie dotyczą.
Co prawa kusiła ją ciekawość, za nieznanym, ale z drugiej strony, bała się tej obcej kobiety i jej męża o którym doskonale wiedziała, że nie jest jej ojcem. Obiecała jednak dziadkom, że bardzo się postara, aby jak najlepiej porozumieć się ze swoją nową rodziną.
Widziała, jak wiele wyrzeczeń kosztuje ich ,,trzymanie fasonu”, Babcia traciła wzrok, coraz bardziej cierpiała z powodu pootwieranych ran na nodze, Dziadek ze zniecierpliwieniem czekał na upragnioną emeryturę, aby się zająć nią, domem i jej osoba w tym wszystkim była już powoli ciężarem.
Ona dorastała, miała kilka koleżanek, z którymi chciała czasem pobyć na ławce, przed domem, a do domu nie mogła ich zaprosić, bo nikt nie zrozumiałby sytuacji ,,choroby w domu”.
Zresztą znowu mieszkali tylko w jednym pokoju z kuchnią, do tego pokoju wchodziło się wprost z korytarza i zaraz naprzeciwko drzwi stał tapczan na którym coraz częściej Babunia leżała całymi dniami, nie mając siły aby wstać do prostych domowych zajęć. Basi kącik była tylko pomiędzy rozkładanym fotelem a szafa, tam miała swój karton z szpargałami – jak mawiała Babunia – i nawet nie byłoby gdzie pobawić się z przyjaciółką Alą, czy kolegami, których , jak zwykle miała więcej. Ala też była taka trochę bardziej chłopięca, i dzieki temu łatwiej się dogadywały.
W połowie czwartej klasy Alę napadł rój pszczół i Basia truchlała ze strachu przez kilka dni zanim nie dowiedziała się, że już jest lepiej i Ala niedługo wróci do szkoły.
Niestety pod koniec roku było już pewne, że Basia znowu będzie musiała się przenieść, tym razem bez Dziadków.
,,ZIMNY DOM” W DUŻYM MIEŚCIE.
To osiedle chyba niedawno rozpoczęli tworzyć. Co prawda w pobliżu stały bloki o starszym wyglądzie, ale tam gdzie szła dziewczynka, było błoto, szare cementowe płyty leżały tu i ówdzie a bloki miały właśnie taki sam szary kolor.
Weszli na ostatnie, czwarte piętro. Po lewej stronie - bliźniaczo podobne do wszystkich mijanych - drzwi z numerem 13.
- ,,pechowa 13 – stka „ – pomyślała dziewczynka.
Kobieta przycisnęła włącznik dzwonka i za drzwiami rozległ się terkoczący dźwięk. Szuranie kilku kroków i drzwi otworzył ciemnowłosy mężczyzna w zielonym dresie.
Te ciemne włosy to była raczej przesada. Po pierwsze czoło ,,podnosiło mu się” sukcesywnie do góry – czyli miał głęboko zakrojone zakola nad krzaczastymi brwiami i poniżej zawieszonym haczykowatym nosem. Po otwarciu drzwi obrócił się plecami i wrócił w głąb mieszkania. Kompletnie zignorował przybyszów.
Weszły do środka. Kobieta skierowała swoje kroki na wprost do drzwi znajdujących się naprzeciwko wejścia. Miały połowę przeszkloną z ornamentową szybą. Basia zamknęła za sobą drzwi wejściowe i z ciekawością zerknęła w lewo – tam poszedł ten, który otworzył im drzwi.
Leżał teraz na tapczanie i oglądał telewizor, nie zwracał uwagi na nic poza ekranem telewizyjnym.
Basia weszła do pokoju za …….. matką.
- ,,ciekawe czy będę umiała tak do niej mówić…?” – Rozmyślała
W pokoju nie było zbyt wiele sprzętów. W głębi przy oknie z drzwiami balkonowymi stał niewielki stolik, z szarym blatem bez jakiegokolwiek obrusa, czy serwety. Przy nim stało krzesło, brązowe. Naprzeciwko drzwi stał ogromny tapczan, bez narzuty w kolorze mniej więcej brązowo – żółtym. Raczej mniej niż więcej, bo był bardzo wypłowiały. Podłoga była wyłożona płytkami PCV ….. też w szarym kolorze. W oknie nie było nawet firanki, ani tym bardziej zasłony. Na podłodze też nic nie było. Aha na sąsiedniej ścianie stała szafka, coś w rodzaju małego kredensu z dolna szafka na dwoje drzwiczek i na górze dwie półki ze szkła. Kolor ?
- ,,odrapany” – stwierdziła Basia
Pokój był zimny, bez materiałów w miejscach, gdzie zwyczajowo leżą. Bardzo Basi tego w tym momencie brakowało. U Babuni była przyzwyczajona do skromnych wnętrz, ale tu wyglądało, jak …… Nie no właściwie nawet trudno było ten stan określić. Spojrzała w górę i pod sufitem zobaczyła smętnie zwisającą na drucie żarówkę…..
- Nie mają nawet klosza ? – Zdziwiła się – a może oni w ogóle nie chcieli żeby tu była.
- Tylko po co w takim razie ona mnie tu przywiozła ? – Zastanawiała się ,,trzecia członkini” ,,rodziny”
Matka postawiła na podłodze czarny neseser w który spakowała ubrania Basi.
- choć przywitasz się z….. – Zawiesiła głos
- uhum – Basia wyszła za nią z pokoju.
Weszły do drugiego pokoju.
- Stasiu ! To jest Basia.
- skoro już przyszła, to niech będzie. – Nawet nie odwrócił głowy od telewizora.
- trzeba jej tam dać jakąś pościel – matka wyraźnie chciała męża włączyć w zakwaterowanie córki.
- to daj – raczej można się było domyśleć słów, niż usłyszeć bo brzmiało to jak odburknięcie.
- musisz wstać bo drugą kołdrę mam w tapczanie – nie dawała za wygraną
Wstał, minął je, wszedł do kuchni i zniknął za drzwiami otwartej właśnie lodówki.
Basia doszła do wniosku, że staje się świadkiem niezręcznej sytuacji i tyłem wróciła do ,,swojego” pokoju. Tam podeszła do okna i stwierdziła że ma jako dodatek ekstra – balkon. Otworzyła więc drzwi i wyszła z pokoju.
Naprzeciwko stał taki sam szary betonowy blok. W oknach były firany, w niektórych pozapalały się światła sączące się z różnego kształtu abażurów i kloszy. W niektórych oknach widać było krzątających się mieszkańców.
Oparła się o balustradę, położyła brodę na dłoniach i wpatrzyła się w te małe kolorowe okna z jakimś takim dziwnym uczuciem zazdrości. Tam za tymi firankami toczyło się codzienne , rodzinne życie…… Tylko z tamtych okien biło takie trudne do określenia ciepło……. A tutaj za jej plecami, w tym szarym pokoju z szarą podłogą z plastikowych płytek, na szarym stoliku nie było nawet lampki, która roztoczyłaby krąg żółtego światła dającego ułudę małego słoneczka. Żarówka pod sufitem musiała być bardzo mocna bo świeciła przeraźliwie białym światłem.
- ,,Chyba ,,setka”, Dziadzio by tak nie marnował prądu, oczy od niej bolą….”- Pomyślała wracając do pokoju.
Do pokoju weszła też matka niosąc pościel i powłoczki.
-Ubierz sobie, umiesz ? – właściwie brzmiało to jak stwierdzenie niż zapytanie.- Jak chcesz jeść, to w kuchni łatwo wszystko znajdziesz.
- ,, U Babuni kolację >>się robiło dla wszystkich<<, nikt sam sobie nie szykował….- Odpowiedziała jej w myślach
- Ja jestem zmęczona, ty chyba też, jutro wszystko obgadamy. – matka rzuciła już w drzwiach.
- ,,ciekawe o czym”? ,,A jeść to mi się już odechciało” – Basia nie miała ochoty jeszcze raz tego wieczoru oglądać dziwnego faceta, który nawet nie zwrócił uwagi na jej przyjazd.
- ,, ciekawe gdzie tu jest miejsce, aby się umyć ? I w ogóle jaki jest rozkład tego mieszkania? – Zastanawiała się. - ,,Trudno jedna wycieczka na nieznany teren mi nie zaszkodzi, w końcu muszę wiedzieć, gdzie jest toaleta, w razie gdybym musiał szukać jej w nocy”
Wyszła z pokoju i dostrzegła drzwi, które po otwarciu okazały jej wnętrze łazienki.
- ,, uff ! Dobra nasza. Temat potrzeb tzw. Pierwszych mamy z głowy. Teraz , jak już opuściłam bezpieczną kryjówkę w szarej tonacji, poszukamy jakiegoś prowiantu”. – Zdecydowała.
Kolejne drzwi były otwarte i białe, wiszące szafki przy wejściu sugerowały kuchenne wnętrze. Rozejrzała się za kontaktem. Był po lewej stronie – zaświeciła więc światło.
- eeee, jednak mają firanki, bo w kuchni też wiszą. – Pocieszyła się – to tylko dla mnie nie starczyło.
Z suszarki wiszącej nad zlewozmywakiem wzięła szklankę i nalała sobie wody z kranu.
- buuułłłe. Paskudztwo – woda miała smak chloru, podobny do smaku jaki znała z Akcji Fluorowania Zębów w szkole.
- Chyba trzeba będzie ,,toto” gotować, bo na surowo jest straszne. Ciekawe czy ten smród wywietrzeje ? – zastanawiała się.
Wylała resztę do zlewu i otworzyła lodówkę.
-,,Hurra. Mleko !” – Aż podskoczyła z radości widząc butelkę ze srebrnym kapslem.
Wzięła ją, w drugą rękę wzięła szklankę i uznała, że chyba jednak pójdzie do pokoju, jaki jej przeznaczono. W kuchni też musiałaby siedzieć sama, bo drzwi do pokoju obok były zamknięte, a nie miała jakoś chęci na towarzystwo.
Weszła do ,,szarej komnaty”, starannie zamknęła za sobą drzwi i postawiła napój na stoliku. Potem założyła powłoczki na kołdrę i poduszkę, pościeliła prześcieradło i pościel na tapczanie. Stolik przysunęła bliżej łóżka, aby mieć pod ręką mleko i szklankę. Z walizki wyjęła książkę i usiadła na łóżku. Rozejrzała się dookoła i znów sięgając do przywiezionego bagażu, wyjęła pidżamę i wyszła do łazienki. Na szczęście na stojącej łazience pralce leżał złożony w kostkę ręcznik – jedyna oznaka, ze ktoś coś dla niej przygotował ……. Chyba.
Po wieczornej toalecie wróciła do pokoju, wyjęła z torby latarkę – prezent od Dziadzia z nową baterią. Zgasiła światło, położyła się i z latarką w ręku, zaczęła czytać sobie do snu. Jednak zmęczenie wzięło górę. Odłożyła książkę i otuliła się kołdrą. Cały czas miała wrażenie że w pokoju jest jakoś dziwnie zimno………
NOWA SZKOŁA….. NOWI LUDZIE……
Szło się do niej przez ,,poligon” – teren rozległego pustkowia, przedzielonego wydeptanymi ścieżkami, biegnącymi w różnych kierunkach. Szkoła była ogromna, gdy porównało się ją z dotychczasowym środowiskiem, znanym Basi. Samych piątych klas było trzy. Do jednej z nich trafiła. Wszyscy się znali, byli z pobliskiej dzielnicy, w większości dzieci wojskowych. Reprezentowali określony standard zachowań, wartości i przyzwyczajeń.
Ale po trzech miesiącach Basia stwierdziła, że nie chce tam być i po kilku poważnych rozmowach udało jej się przekonać Matkę, by przeniosła ją do szkoły noszącej miano ,,tysiąclatki”. Nowoczesny budynek, przestronne korytarze, ale klasy dosyć kameralne i jasne, z uwagi na dużą ilość ogromnych okien.
Tutaj też były dzieci z rodzin ,,trepowskich” ale były też dzieci z innych dzielnic, co stanowiło odmianę i dawało poczucie zróżnicowania społecznego.
Trafiła do klasy z kilkumiesięcznym przesunięciem w czasie, ale dosyć szybko wtopiła się w grupę, tak przynajmniej jej się wydawało.
Zaraz znalazła ,,wspólny język” z starszymi chłopakami, z kółka fotograficznego, i z klas tzw; ,,wyrośniętych” czyli uzawodowionych. Te ostatnie gromadziły ,,repetentów”, którzy już tylko w szkole czekali na osiągnięcie pełnoletności ( były takie przypadki że w momencie ukończenia 18 lat uczeń mógł - nawet we wrześniu - opuścić mury szkoły).
Jakoś tak lepiej dogadywała się z chłopakami i co najciekawsze - starszymi. Jakby podświadomie szukała opieki…..
Dziewczyny owszem tolerowała, ale z mniejszym powodzeniem zawierała jakieś przyjaźnie.
Nauka na początku nie sprawiała jej kłopotów, miała upodobania humanistyczne, pasjami czytała książki zarówno z biblioteki szkolnej, jak i z miejskiej, do której lubiła chodzić pomimo odległości. Potem do kompletu zapisała się do biblioteki w klubie garnizonowym i tygodniowo pochłaniała nawet 8 – 10 książek.
Dało się to zauważyć w pracach pisemnych, z pisania których poczyniła całkiem intratne zajęcie. W zamian za pomoc w przedmiotach ścisłych potrafiła napisać na jeden temat nawet kilka wersji wypracowania, różniących się od siebie.
Matka pracowała na zmiany więc bywało, że czasem nie było jej w domu na noc. Chyba to zachęciło ojczyma do uważniejszego przyglądania się nowej lokatorce mieszkania.
Na początku jednak nawet nie potrafił szczerze powiedzieć swoim dalszym krewnym, że pojął za żonę kobietę z ,,przychówkiem”.
Doszło do paradoksalnej sytuacji, gdy przyjechała jedna z jego sióstr i na czas odwiedzin ,,wyprowadzono” Basię z domu do sąsiadki na niższe piętro, wyraźnie zakazując jej pokazywania się w domu.
Oczywiście podstęp wyszedł na jaw i rozpętała się z tego powodu dzika awantura, z trzaśnięciem drzwiami przez gościa na koniec i pospiesznym wyjazdem. Z krzyków na górze można było wyłowić słowa potępiające zachowanie obojga małżonków i siostra ojczyma śmiertelnie obrażona wyjechała.
Potem to już było tylko gorzej…….
Któregoś wieczoru, ojczym zaczął się bardzo dziwnie zachowywać……. Matki nie było w domu i Basia siedziała na wersalce oglądając telewizor. Ojczym siedział obok, w pewnej chwili objął ją i przyciągnął do siebie. Odruchowo odsunęła się sztywniejąc, bo czuła zapach piwa.
Okazała się jednak za słaba i poczuła jego oddech na swojej szyi. Jego ręce zrobiły się wyjątkowo ,,aktywne".Niecierpliwymi dłońmi już sięgał pod bluzkę, Poczuła jego ciężar na sobie Nie maiła zbyt dużo siły Ona miała tylko niecałe 12 lat On był dużym ciężkim facetem...... Ale wykorzystała jego chwilę nieuwagi ....... Poderwała się i szybko uciekła do swojego pokoju.
Nie wiedziała co się dzieje i co to wszystko ma znaczyć. Na wszelki wypadek szybko zgasiła światło i nie przebierając się, położyła się do łóżka. Ojczym podszedł do drzwi pokoju i widok zgaszonego światła chyba go zatrzymał....
Tym razem nie ,,szedł dalej”……