Powroty z i do - gitowiec.com

Strona dostępna tylko dla zalogowanych!
Click on the slide!

Gitowiec.com

Witamy!

Witamy!

Dalej...
Click on the slide!

Forum

Forum serwisu gitowiec.com

Forum gitowiec.com Chcesz porozmawiać? Szukasz rady? Chcesz podzielić się przeżyciami lub dać radę innym? Zapraszamy!

Dalej...
Click on the slide!

Blogi

Blogi użytkowników portalu

Blogi użytkowników naszego serwisu. Czytaj i zacznij pisać.

Dalej...
Frontpage Slideshow (version 2.0.0) - Copyright © 2006-2008 by JoomlaWorks

Mój Blog

Opis Bloga


mar 08
2010

i życie toczy się dalej

Dodane przez Blanka987 w Nieotagowane 

myślałam że z czasem będzie lepiej... myliłam się...

na szczęście są listy Smile siła napędowa mojego życia, mojego istnienia...

Synkiem nie potrafię się zająć... nie mam sił.. i wieczne wyrzuty sumienia że za mało poświęcam mu czasu.. nie radzę sobie.. nie radzę sobie z dzieckiem, z życiem i ze samą sobą...

mąż myśli że silna jestem, gdy ja jestem wrakiem człowieka.. ta bezradność i niemoc mnie dobija.. nic nie mogę zmienić.. samotne wieczory są dla mnie katorgą.. chciałabym wiedzieć na czym stoję, do jakiego dnia odliczać.. A tu ciągła niepewność i obawa dnia jutrzejszego..

 

mar 08
2010

Różności wierszowane

Dodane przez Barbara w miloscczekanie

,,PRZEMYŚLENIA”

 

PRZEMYŚLENIA

Spokój, który ogarnia rozedrgane wnętrze

Jest balsamem na żarłoczność świata

Jakby napływało świeże powietrze

Jakby Bóg mnie miłością oplatał

Byłam daleko od siebie

Daleko od głosu duszy

Droga wyboista wiodąca do Ciebie

Wśród pustki i głuszy

Ja ? Czy moja maska?

Przyrośnięta do twarzy

Przez lata na ,,człowieka” wyrastam

Przez lata nie pozwalam sobie marzyć

- ,,Bądź realna” – mówili mi inni

Już minęła ,,epoka” uniesień

Czy to ja, czy to oni są winni ?

Że w mym sercu wciąż gościła jesień ?

… Taka zimna, z deszczami, szarugą

Otoczona zmartwiałymi liśćmi

Z siną zachodu słońca smugą

Bez snu, co czasem się przyśni

Potem zima bez śniegu, bez piękna

Z suchym mrozem, schłodziła odczucia

Struna wibrująca dźwiękiem pękła

Oczy z łzami jak sople skute

Nie myślałam o cieple wiosennym

Wciąż sądziłam, że to już nie teraz

Już za późno na marzenia senne

Już nie mogę kwiatów maja zbierać

Ale słońce wyjrzało zza chmury

Spłynął słoną łzą sopel lodu

Jasny promień zmienił obraz ponury

Długo nie czułam ciepła głodu

Ostrożnie, ukradkiem rozglądam się wokół

Poznaje na nowo świat zapomniany

… Czy dotrzymam pospiesznego kroku ?

W świat uczuć, tak mi nie znany ?

 


BĄDŹ !!

Szukałam Cię wiele lat

Wymyśliłam Cię jak wiersz

Pokaż mi inny ładniejszy świat

Jeszcze jestem , a ty się spiesz !!

Krzyczę w pustkę bez słów

wyciągam ręce przed siebie

Może minąłeś mnie znów

Może zgubiłam się

NIE WIEM !!

 

Będziemy

 

Nie ma cię tutaj

Pusto tak

Głucho

Mysli się tłuka

Wciąż ich brak

Z myślami krucho

Z każdego kąta wyziera

Znak zapytania ; gdzie jesteś

Podłoga śladami się ściele

Chodzę po tych śladach w noc i w dzień

Będziesz !!

Wiem to na pewno

Znowu razem wszędzie

Z duszą Twoją pokrewną

…pomilczymy

…. Pomarzymy

 popatrzymy znów w tą samą stronę

 

Wieczór z różą

Długa i smukła stoi w wazonie

Przebyła do mnie długą drogę

Podarowana w męskim ukłonie

Zapach niesie błogi

Ma kolce, które ranią

Jest piękna, dumna jak kobieta

To miłości posłaniec

Wyobraźni podnieta

Rozchyla płatki z kroplą rosy

Otacza ją aromat ze snu

Za nią się skrada Eros bosy

Chce dać swój dar – miłość jak ze snu

 

Jeżeli ….

Jeśli mnie kochasz ; Powiedz mi tak,

Bym uwierzyła, w to naprawdę

Niech każde Twe słowo wypala znak

Niech myśli Twoje odgadnę

Jak rozszalały tabun koni

Niech myśli me pogalopują

Niech Twoja miłość mnie dogoni

A ciepła z rąk Twych niech mnie osnuje

Jesteś marzeniom niedościgły

Nie będę biec za Tobą – bądź pewny !

Ptakom, po niebie niedościgłym

Jestem w marzeniach pokrewna

Mogę unieść się z wiatrem w przestrzeni

Nie dotykając ziemi w locie

Mogę stąpać lekko po ziemi

I spacerować w słocie

Mam w sobie ogień, który mnie spala !!

Pochodnię uczuć niosę w dłoniach

Nie podchodź do niej NIE POZWALAM !!

Bo w ogniu płoniesz

 

Twoja obecność

Budzę się ze snu

Szukam ciepła obok

Krzyczę bezgłośnie

Brakuje mi słów

Nie ma nikogo

Strach rośnie

Wołam w noc

Wiem że mnie słyszysz

Powraca spokój

Modlitwa ma moc

Powraca cisza

Choć nie ma Cię – wiem, że jesteś z boku

 

Tęsknota

Urywki słów z pamięci zdarzeń

Maleńkie chwile

Oddech

Czułość

Kiedyś na pewno Ci pokażę

Jak czas zagmatwał zawile

To, co serce rozsnuło

Przędę nić ze słów

Długą, kolorową

Jak tęcza

Wyplatam kobierzec ze snów

Układam na nim głowę

Tęsknota mnie zadręcza

 

Zaduma

Jestem samotna wśród ludzi

Opływa mnie dźwięk muzyki, rozmów

Świat obok mnie

Nic mnie z uśpienia nie budzi

Zagłębiam się w myślach, w tęsknocie słów

Jesteś w mym śnie

Przychodzisz do ,,mojego świata”

By zaistnieć na chwilę

a potem zniknąć

Chwile tęsknoty marzeniami łatam

Płacę miłości za bilet

By znów od Ciebie odwyknąć

Wiem że jesteś ze mną

Chociaż dzieli nas odległość duża

Nie wiem jak długo ?

Z tobą czas , to przyjemność

Urok miłości – to róża

JA jestem kolców sługą

 

Fragmenty czekania

Wyrywam czasowi chwile uniesień

Kradnę z kalendarza czas

Uczę się Ciebie na pamięć

Przy Tobie się zmieniam

Zapamiętuję Twój blask

A potem sercu kłamię

Że wszystko dobrze będzie

Oszukuję codzienność

Chcę przetrwać

Zatracam się w codziennym pędzie

Czekam na niezmienność

Bogu i Tobie przyrzekłam

Bóg uwierzył – A Ty ??

Nie pytaj mnie już więcej

Jestem jak skała

Połykam  kamienne łzy

Jestem w czekaniu wytrwała

 

Ktoś, jak ja

Gdzieś tam – nie wiem gdzie dokładnie

Chodzi jak ja – ulicami

Myśli o kimś, jak ja - nieskładnie

Marzy, jak ja  - czasami

Chce, jak ja – ciepła duszy

Nie wie, jak ja  - gdzie się zwrócić

W palcach życie swe kruszy

W pół kroku staje , melodię cicho nuci

Na jakimś skrzyżowaniu

Wpadnie na mnie przypadkiem

Zaskoczona przystanę

On spojrzy na mnie ukradkiem

Potem Światło zielone

pokaże drogę przed nami

Jedyną, ocaloną

,,Wybrukowaną” snami

 

Rozterki

Czy szukam ? Czy jestem szukana ?

Czy to miłość, czy tylko erotyzm ?

Czy magia nie rozpoznana ?

Czy zwykły ludzki nepotyzm ?

A może szukam bez celu

czegoś, czego nie znajdę ?

Przede mną szukało wielu

Czy szukam na siłę kajdan ?

Każda struna duszy boli szarpnięta

We mnie drgnienia wibrują

W słowach miłość zaklęta

Sieć swą, jak pająk snuje

 

POCAŁUNEK

Pocałunek – miękki aksamit

Trzepot skrzydeł motyla

Jak lont, który wyzwala dynamit

Jak błysk, zatrzymana chwila

To tylko dotyk przelotny

A czujesz go jak wieczność

Już wiesz – to mija samotność

gdy chronią ramiona bezpieczne

Rozchylasz wargi i czujesz

Jak bardzo pragniesz pokochać

Jak szał beztroski smakuje

Chcesz zwariować na chwilę choć trochę

Ulotny moment, jak mgnienie

Zachowasz go w pamięci’

Ma ogromne dla Ciebie znaczenie

NA CHWILĘ ŚWIAT SIĘ ,,ZAKRĘCIŁ”

 

Katharsis

Łzy płyną rzeką nie przebraną

Czy można wypłakać siebie ?

Czy w zwykłym powszednim chlebie , można być kromką krajaną ?

A może płacz, to nie żal ?

Może to oczyszczenie ?

Może nóż życia, jak stal

przechodzi odrdzewienie ?

Moje łzy są ogromne

Nie znam nawet ich źródła

Może kiedyś sobie przypomnę….

Gdzie  początek ich

– przeszłość paskudna ?

 

 

BEZDOMNOŚC
Ktoś mi zadał pytanie ;

 

Jak to jest Nie mieć domu ?

Ja to wiem

Spróbuję wyjaśnić

….. To być niepotrzebnym nikomu

.…to świat urojeń i baśni

…Szukanie w Bogu brata

…Syzyfa trud – bez wartości

…Piwnica – to komnata

Brak klucza przestał już złościć

Są rzeczy ważniejsze, niż klucz

To zbędny bibelot do nikąd

Na starych wspomnieniach zalega kurz

Obraz dzieciństwa powoli zanika

Jedynie co chcesz – to wstać jutro

Zagarnąć w ramiona blask dnia

Otulić się w pewność, jak w futro

Wykrzyczeć swój strach, bolesne ,,JA” !!

Gdy zimno – masz jeszcze schronisko

Niejedno – niejeden w nim Ty

Daleko od świata – a tak dziwnie blisko

Tam dośnisz przemarznięte sny

Odtają schłodzone marzenia

Smak ciepła przywróci Ci pamięć

Wokoło postacie z ,,teatru cienia”

Chcesz być kimś innym – więc kłamiesz

Uciekasz co dzień sam od siebie

Chcesz zgubić to fatum, jak cień

Twój sąsiad na dworcu nie wie

że STARCH, ŚMIERĆ czy BIEDA to cierń

Ten sam co w Chrystusa koronie

Gdy lżył i przeklinał Go tłum

A Bóg na statecznym swym tronie

Ucisza anielskich piór szum

Przecieka wciąż życie przez palce

Zatracasz się gryząc je w krwi

Walizka Twym ostatnim szańcem

Na którym jak ORDON – strach tkwi

 

LOS ŚLEPIEC

Na skrzyżowaniu życia dróg

Stoi z laską białą

Dla jednych przyjaciel

Dla innych wróg

 W dłoni ma kart życia kabałę

On to rozdziela poczciwie dni

Smutne, wesołe, w śmiechu, w żałobie

DAJ I MNIE LOSIE KILKA CUD – CHWIL!!

SPRAW BY JASNYM DZIEŃ MÓJ SIĘ ZROBIŁ !!

 

CODZIENNOŚĆ

Z radia płynie mużyka

Jak mały strumień, gdzieś obok nas

Jak wieczność, która cicho umyka

Wśród minut – kropel  czas

Mija dzień ….jeden, drugi, trzeci …

… Odpływają pory roku

… Wynoszę znów kolejne śmieci

… Patrzę na ludzi żyjących z boku

Praca, dom, życie, czasem łzy

Jakoś osobno, chociaż to boli

Prześnię znowu kolejne sny

Codzienność przebrnę powoli

Poznam znów nowych ludzi

Zwiedzę znów nowe miasta

Może gdzieś we mnie się obudzi

Dziecko, z którego wciąż ,,wyrastam” ?

 

KIEDY ??? !!!

Kiedy ustanie burza myśli rozszalała,

Wirująca, jak opętańczy taniec ?

Kiedy na pewno będę wiedziała,

że rozpoczęło się łagodne granie

Spokojnej melodii, jak w ciszy zaklętej

Ukołysanie moich łez potoku

Wiary jak Bóg niepojętej

Wszystkiego co mieści słowo SPOKÓJ

Lęk miewa swoje ukryte oblicze

Jawi się dopiero w bezsennym koszmarze

Z którego zrywam się i krzyczę

Gdy znowu się pokaże….

 

Daleko

Jesteś daleko, tam Ci źle

Tu też nie było łatwo

Powracasz tutaj we śnie

Przeszłość twoją Mekką

Miotasz i rozdzierasz się

Spocone sny zapijasz

Daleko drugi brzeg

Za mgłą jej twarz

To nie twój świat

Wróć ! Chociaż boisz się

Nie myśl, że nie masz po co

W dalekich wspomnień tle

Jej włosy tak się złocą...

 

Zapomnieć....?

Zapomnieć o Tobie?

Nie chcę ! To za trudne !

Kłębią się myśli w głowie

Te ,,czyste” i te ,,brudne”

Budzę się i zasypiam

Widzę Cię, choć nie chcę

Trzymam myśli w dłoni

Twój świat daleko

Nigdy go nie dogonię

Zapomnieć ?! Dlaczego muszę ?

Mój protest, tak jak krzyk

Rozdziera MYŚLI

Proszę przyjdź

.... albo chociaż się przyśnij ...!

 

Moje życie

W tym moim życiu obok mnie

Jestem obserwatorem

Kibicem chwil

Rzeka czasu przepływa

Leniwie toczy nurt

Mijają dni, pełne marzeń

Czas swoją role odgrywam ?

Lecz kim jest sufler ?

Skąd zna tekst ?

Idę z przeszłości kufrem

Pełnym wydarzeń

Nie do zmiany

Co jutro pokaże ?

Czy będą już karty rozdane ?

 

MY

Jesteś .... jestem....obok toczy się życie

Świat poplątanych ludzkich losów

Węzły myśli sięgające serca

Idę do ciebie boso

Niosę Ci swoje bycie

Jak pęk dojrzałych kłosów

Mam nierozwikłaną przeszłość

Ciężką jak ołowiana chmura

Po kolei punkty zakreślam

Mija kolejna życia tura...

Spotkałam Cię w nieładzie myśli

Wpadłam na Ciebie w biegu

Stanęłam zdziwiona

Dlaczego ty i ja

...tyś kiedyś mi się przyśnił

jesteś...jestem

jak będzie (my)....?

 

CHWILA

Na chwilę czas zatrzymuje swój bieg

Ziemia staje w miejscu

Nieruchomieje minut strumień

Idę na drugi brzeg

przepustkę w to miejsce mam ... w sercu

Zaklęcie ... na pamięć umiem

Łzami obmyte oczy ... widzą wyraźniej

Z daleka dostrzegam Twoją twarz

Twój uśmiech rozjaśnia moją ciemność

Odpędzam mary bojaźni

Promieniem serca drogę mi wskaż

pójdź tam razem ze mną

nie lubię ścieżki samotnej

jest oświetlona tuż pod nogami

jakby noc zagarnęła blask

zachmurzonego księżyca

nie widzę drogi powrotnej

mrok obiecuje .... omami

rozdziela serca ... nas

czasem tajemnicą zachwyca

ale ciemność jest zawsze .... samotna

 

PRZESTRZENNOŚĆ

Nieogarnięta przestrzeń myśli

Nierozeznane mam pragnienia

nie wiem, co w nocy mi się przyśni

Ja nie planuję jawy śnienia

Galopem mknie mustangów stado

nieokiełznane, niepokorne

cienie traw, pędem ich się kładą

a drzew konary są pokorne

Konie – to myśli niezależne

nie przyjmą tak łatwo tresury

przestrzeni ogrom bezbrzeżny

nad nimi tylko białe chmury

Wiatr im rozwiewa gęste grzywy

muska ich grzbiety lekkim tchnieniem

kopyta miażdżą pokrzywy

horyzont ich pragnieniem

 

NO CÓŻ......

Bóg człowiekowi podarował

ziemię i słońce, jako dar,

by człowiek długo to szanował,

by chronił, jak cudowny skarb.

Ale, jak zwykle bywa w życiu

człowiek mądrzejszy chce być zawsze

i wciąż po cichu, wciąż w ukryciu

traktuje Ziemię, jak zabawkę

Wymyśla ciągle coś nowego

uważa, że to jest najlepsze,

nie wie, ile sam czyni złego,

a tlen zanika wciąż w powietrzu

Ziemia jest chora i zmęczona,

nie ma już siły się obronić.

Roślina, drzewo i kwiat – kona;

A Bóg ? Sam nie wie, co ma zrobić....

 

CZEKANIE

Taka dziwna zawieszona pustka czasu

Świat obok płynie

Mijają mnie ludzie

Szarą bezkształtną masą

W każdej mijanej godzinie

Minuta czekania się... łudzi

Czekam... Czas jest dłuższy niż zwykle

Zgęstniało powietrze wokół

Czekam.... Czas dzieli się na cykle

Przed..., teraz, i...?...krok po kroku

Czekanie... to strach, że się nie spełni...

To obawa, że coś się nie uda

Dłuuuuugie jak kłębek wełny

Splątana w supełki ,,paskuda”....

 

BUNT

Sen nie przynosi ukojenia

Po dniu złożonym z rozdarć

Nie spokoju  i spełnienia

Jak mogę ,,jutro” spotkać

Lokuję ślepo przeczekanie

Zawieszam w próżni wiarę

Rozkładam ją pozamykaną

W wewnętrzny ból, jak karę

Krzyczę zebraną poprzez lata

Wściekłością zasklepioną

Niech się kamienna dusza zbrata

Ze spopielałą warg osłoną

Budzę się w rytmie cudu świata

Jakim są narodziny

Biorę należną mi zapłatę

– REWANŻ DANINY

 

Pytania bez odpowiedzi

Cóż może znaczyć słowo miłość ?

Jaka ma wartość dla człowieka ?

Jak wiele pragnień obnażyło

Ile ,,złamało” serc przez wieki /

Miłość do dzisiaj jest niepoznana

Ma wiele brzmień i dźwięków

Choć różnie rozumiana

To jednak zawsze święta !

Bo miłość dana jest nam od Boga

Człowiek ją tylko przetwarza

Gdy serce mu ogarnie trwoga

To on w modlitwie ja powtarza

Miłość to surowy diament

W rękach człowieka dar niepoznany

Miłość jak jeszcze jeden sakrament

Od nowa co dzień poznawany

Bywa że szmaragd wydobędzie

Ktoś kto rozumie miłości wartość

Czasem niestety także będzie

pojęciem z piękna odartym

 

Czy Ty to wiesz ?

Kiedy tak bardzo kogoś potrzebujesz,

Kiedy tak mocno czegoś chcesz….

Dlaczego wszystko wciąż rujnujesz?

CZY TY TO WIESZ ?

Kiedy tak słońca wypatrujesz

Chociaż nad głową trwa wciąż deszcz

Czemu w kłopoty się ,,pakujesz” ?

 CZY TY TO WIESZ ?

Zostaw utopię, która snujesz

Zbędne fantazje porzuć też

Choć bardzo boli to , co czujesz ….

WIESZ CZEGO CHCESZ !!

 

RAJ ( ??)

 

Za siódmą warstwą nieba

Gdzie cicho płyną chmury

Gdzie ziemskich spraw nie trzeba

Nieważny byt ponury

Mieszka sobie ,,beztroska”

Jak wieczność we wszechczasie

Z aniołami o małych nioskach

Z Niebytem w całej swej krasie….

Tam nie ma ni ,,wczoraj” ni ,,jutro”….

Tam słowo dziś ma swój wielki sens

Puch chmur – to lek przeciw smutkom

A błękit murem obronnym dla klęsk

 

Regresing

Kiedy jestem zmęczona szarością

Dni codziennych, spraw beznadziejnych

Kiedy świat mnie otaca podłością

Chwil bez przyszłości; niejasnych, chwiejnych

Wtedy wracam pamięcią do wspomnień

Pochowanych głęboko w szufladzie

Staram się przez chwilę zapomnieć

O rozchwianym kłopotów bezładzie

Pod powieki wracają obrazy

W których słońce ,,tańczyło” na falach

Nieba lazur; piękny, bez skazy

Wiatr morski złe myśli oddala

Sztorm wyrzucił na plażę muszelki

Bursztynowe odłamki, korzenie

Bezkres wody morskiej wielki

Mewy kładą na wydmach swe cienie…..

Potem wracam do ,,dziś”, po ,,podróży”

Spokojniejsza, z nowymi siłami

WIEM – Po każdej burzy

Wstaje tęcza lśniąca kolorami

 

 „ JESIEŃ”

 

Akceptacja

 

Słyszałem dzisiaj krzyk dzikich gęsi

Nic nie poradzę – już ,,idzie” Jesień

,,kroczą” dni słotne i niepogoda

A tak mi bardzo jest lata szkoda

Spurpurowiały klonowe liście

Kobierce w parkach szumią złociście

Wrony gromadnie obsiadły dach

Las otulony w srebrnych mgłach

… Kasztany rudym mgnieniem lśnią

… Kropliste deszcze szmerem brzmią

… Ostatnie kwiaty zważył chłód

… Pełnym spiżarniom obcy głód

 

TAM

Przez cały rok cisza kołysze

Odwieczny sen niepamięci

Codziennie można usłyszeć

Jak zegar kalendarz ,,nakręca’

Wiosna groby zdobi, okrasza

Jasną, zieloną ponową

Latem ptaszę trelem rozprasza

Duchów tajemne rozmowy

Kiedy jesień złota nadchodzi

Sypiąc czerwonym listowiem

Dzień przed nocą spiesznie uchodzi

A księżyc lśni mglistym nowiem

Żywi znowu idą przypomnieć

Bliskich, którzy dawno odeszli

W świecach płonących skromnie

Obraz z pamięci podkreślić

Na groby przychodzą tłumnie

Burzą cmentarną ciszę

,,tratują” bezrozumnie

spokój, który śmierć kołysze

Zostawią strojne śmieci

Zapalą krocie świec

Zeschnięty kwiat z wiatrem uleci

Zostanie

….Cisza

….Cmentarz

….Śmierć

 

Jesienny wiatr

Huczy zawodzi w nagich konarach

Zmiata z nagrobków misterne girlandy

Grzeje swe tchnienie w płomieni oparach

Tańczy swój taniec,  balet bezustanny

Wciska się w każdą uchyloną szparę

Schładza na twarzach każdy grymas ciepła

Rozrywa chmury nad Światem prastarym

Udaje głosy demonów, jak z piekła

Obłąkańczy taniec listowia w przestrzeni

Sieczą krople deszczu – po ludziach, po domach

To zatyka oddech, to kierunek zmieni

Dzwoni na kominie melodię znajomą

Raptem cichnie w polu,

Bo przeszkód tam nie ma

Jak zwierz wypuszczony z niewoli, przed chwilą

Jak człowiek piszący życiowy poemat

Szukający w sercu pierwotnego stylu

 

Listopadowa pora

W nocnym mroku

W szeptaniu kropel

W ciężkości chmurnej, dżdżystej nocy

Jak zwisły z belki: Duch  - nietoperz

Jak zjawa – gdy posępnie kroczy

Skrada się w płaszczu utkanym z mgieł

Snuje babiego lata długą nić

Cichnie w umarłych drzewach ptasi zgiełk

Spóźnia się coraz bardziej zimny świt

W zadumie kroczy czarnym polem

Kładzie w zagonach zmarznięte cienie

A ja??…..

Cierpliwie i z uporem

Łowię słoneczne resztki olśnienia

 

SAMOTNICY

Eksplozją złocistą wybuchnął październik

Krwisto – brązowe barwy migoczą

Szaro się snuje mgła po ostrej ścierni

Strachy na wróble zagonami kroczą

Już nie potrzebna ,,pracowita przeszłość’

W spichlerzach zbiory już poskładane

Już przeminęła strojna łachów świetność

Patyki – ręce – też połamane

Zmoczy listopad siecząc dżdżu szarugą

Zabawne piórko w kapeluszu

Żal za słoneczna, ciepłą lata , smugą

Serce straszydła do głębi poruszy

Postoją może jeszcze do śnieżycy

Jeśli ich wcześniej wicher nie pokona

Czas ich istnienia już się przestał liczyć

Świadkiem ich śmierci …. wrona

 

Jesienna miłość

To było tak dawno temu…

A Ty…? Pamiętasz do dziś

Jesienią – nie wiedzieć czemu ?

Zamiast kwiatów – dałeś opadły z drzewa liść

Miał ciepłe złote kolory

Szeleścił sucho w dłoni

Pamiętasz do tej pory

Jak wiatr jesienny was gonił

Gdzieś w bramie, w warkoczach jesiennego deszczu

Szeptałeś cicho magiczne słowa

Dziś – w liści suchych szeleście

Słyszysz je znów…..

to jesiennej miłości mowa

 

Oczekiwanie na zimę

Jesień już przeszła, wiatr w liściach szeleści

Już nie błyszczą, już się nie czerwienią

Ptak ostatnim świergotem obwieścił

Że na ciepło – zimno chce zamienić

Cicho wpełza wszędobylski mróz

Ścina kałuż błyszczące lusterka

,,Białej Pani” zajechał biały wóz

Wiatr z resztką liści ,,bawi się w berka’

Jesienne drzewa liście oddały

Nagie konary ogrzewa słońce

W sadzie owoce już pospadały

Kominek iskry sypie gorące

Mgiełka poranna snuje się polem

Wieczór zapada jeszcze za dnia

Rumiane jabłka leżą na stole

W oknie przysiadły gawrony dwa

Melancholijnie liście szeleszczą

Idę w zadumie przez cichy park

Jesieni dłonie – gałęzie pieszczą

Piwnica – plonów ukrywa skarb

Zachodzi słońce z purpury wstęgą

Wiatr zerwał z drzewa ostatni liść

Do martwej pustki – przymrozek sięgnął

Malując pierwszą szronowych kwiatów kiść

 

 

 

 

 

ZIMA

 

Noworoczne marzenia

Minęły już święta, czas dobroci,

Strzeliły znów korki szampana

 

ŚWIAT WOKÓŁ NAS

 

Leśny strumień

Krystalicznie śpiewa w kamieniach

Niesie z listków łódeczki zielone

Łowi złote słońca promienie

Głaszcze, muska brzegi omszone

Karmi kwiatów krótkie korzenie

Niesie tęczę ponad powierzchnią

Tysiąckrotne kolorów lśnienie

Przed którymi szarości pierzchną

Gdzieś tam w oddali stanie się rzeką

Teraz szkli się strugą drobniutką

Pod korzeniami drzewa poczeka

Na kropelkę rosy malutką

 

Dąb

Kiedyś bogom składano ofiary

Kładąc w jego korzenie dary

Z jego liści wróżono przyszłość

Wierząc w mądrość jego i niezawisłość

Był ostoją dla wędrownika

Karmicielem dla leśnych zwierząt

Dziś ma tylko rangę pomnika

A wokoło tylko żołędzie leżą….

 

Bursztyn

Leży na piaszczystej plaży

Błyszczy krystaliczna smugą

Nad nim stoi Neptun na straży

Zakrzepła żywicy struga

Jego wiek – Tysiące lat

Przesłanie – pamięć bez końca

Zaklęty w złotej kropli świat

Zapamiętany promyczek słońca

 

Tęsknota

Tęsknię za szumem płowej fali

Śni mi się nocą mewy krzyk

Na wodzie żagiel gdzieś w oddali

I kutrów z rybą portowy szyk

Na ustach czuję słony smak

Sieci się suszą w słońcu

Na złotym piasku o odcisk, znak

W oddali niebo bezkres bez końca

Pod powiekami trwały obraz

Sztormów i wichrów i huku fal

Z dziecięctwa czasów; dawny krajobraz otula mi pamięć, jak ciepły szal

JESZCZE TAM WRÓCĘ ! Wierzę w to !

Jeszcze obejmę karłowatej sosny pień !

Jeszcze się zanurzę w w plaży tło

Jeszcze pochłonie mnie wydmy cień

 

Uliczka

Jest w moim mieście uliczka

Taka spokojna, bez samochodów

Na jej końcu stoi kapliczka

A do niej ,,wspina się” kilka schodów

W kapliczce – figurka gipsowa

A pod nią ,,bukiecik” kolorów

Kieruję tam często swe myśli – modlitwy słowa

,,uwalniam się” od życia ,,potworów”

Czasem przepraszam za winy i grzechy

Czasem też proszę o chwile radości

Gdy stoję tak – w oddali słyszę śmiechy

Ktoś przeszedł obok i przeklął ze złości….

 

ULICA BEZ MIŁOŚCI

Szara i brudna ta ulica

Tu nawet słońce rzadziej świeci

Pstra, obdrapana kamienica

Biedne i smutne małe dzieci

Na schodach lepki smród starości

Zza drzwi – odgłosy awantury

Tu nikt nie słyszał o miłości

Tu każdy dzień, codziennie ponury

Wódka – eliksir zapomnienia

Zagłuszy ,,głodną” myśl o jutrze

… i tak nie starczy na jedzenie

… i tak codziennie życie krótsze

 

Historia

Na murze starej kamienicy

Spod starej warstwy płatów farby

Przebija czas w literach skryty

W dawnym zarysie… wspomnień skarby

Tu ktoś, kto mieszkał dawno temu

Napisał szyld na ścianie wprost

Tak chciał – nie wiedzieć czemu ?

Do dziś brzmi z tynku liter ,,głos”

Obca ich mowa w dniu dzisiejszym

Nieznany dziś konturów rys

Przeżyły wiek, po czas tutejszy

… są, jak w pamięci krótki błysk

 

Dzielnica biedy

Za każdym rogiem ulicy

Kryje się brak pewności

W przepastnych dnach piwnicy

Starość swe kąty mości

Na strychu pajęczyn siatka

I sznury na bieliznę

Ciemna schodowa klatka

W śmietniku - rupieci ;pryzma

Obraz dzielnicy biedy

….pies – kota goni w bramie

A Ty nawet nie wiesz od kiedy

Zegar swój własny czas okłamie

 

Pijalnia piwa

Zewsząd, jak ćmy do świecy

Ciągną w krąg czcicieli Bachusa

Pochylają zmęczone plecy

Czasem kurtka w rękawach ,,kusa”

Gdzieś głęboko, w dziurawych kieszeniach

Zapomniana złotówka spoczywa

,,wypijają do dna” marzenia

Dłoń zmęczone oczy ukrywa

Papierosów paczka pogięta

Spopielały oddech ustnika

Czy o ,,wczoraj” warto pamiętać ?

Gdy już ,,dzisiaj „ po łyku zanika

 

W knajpie

Nad bufetem; drewnianym i starym

W kręgu światłą rozlega się brzęk

Nad bufetem szybują opary

Uśmiech, monolog, muzyki dźwięk

Kropla piwa spadła na blat

Komuś popiół spadł z papierosa

czas odlicza tu krople jak kat

Szklanka z piwem a na niej rosa

Nad bufetem – arką szybują

Czyjeś myśli, jak ptaki, jak sępy

Które słabość wódki wyczują

Wsłuchane w monolog, długi i tępy

Przy bufecie na stołkach wysokich

Balansuje ktoś jak na linie

Patrzy przed siebie , czasem na boki

Odejdzie i tłumie zaginie

 

Fantazja

Samotne opuszczone mury

Wybite oczodoły okien

Deszcz spłukał stare dachówki

Tynk odpadł, jak płaty skóry

Mieszkają tu jedynie mrówki

Ten dom ma histerię zaklętą

Mógłby snuć opowieści treściwe

Łzy radości i bólu pamięta

W jego ścianach, ktoś szczęście odkrywał

Stoję przed schodami donikąd

Słucham mowy kamieni, drewna

Z wolna rzeczywistość zanika…..

….. z góry schodzi dziewczyna – królewna

dłoń podaje zaprasza do środka

opowiada o gościach, rodzinie

z kuchni pachnie ciastem tak słodko

dźwięk muzyki z salonu płynie

w drzwiach młodzieniec z bukietem róż

wodzi wzrokiem za gospodynią…..

 Na dawnych wspomnieniach historii kurz

W starym domu czas dawny zaginął

 

Nadchodzi burza

Majestatycznie kołyszą się stare drzewa

Niosą z wiatrem pieśni z gór

Zabłąkane dzieje na polanie wiatr  wyśpiewa

Łzą żywicy, duch lasu, starą ranę zaklei

Przetaczają się kłęby ciężkich chmur

Okrywają cieniem leśny matecznik

Milknie ptaków leśny chór

Zwierzyna przed burzą chroni się bezpiecznie

Pomruk grzmotu zabrzmiał złowieszczo

Cisza zawisła nad ziemią

Tylko brzęczenie owadów w powietrzu

Przytłacza upału brzemię

 

,,KOLORY”

 

Czerń

… Czarna jest noc nad pustynią,

bez gwiazd i łuny miasta

… Czarna jest otchłań, która w czarnej duszy wyrasta

… Czarny węgiel błyszczący czernią w promieniach słońca

… Czarna rozpacz, która zdaje się nie mieć końca

… Czarne są myśli przeplecione smutkiem…

…. Czarny płaszcz poety, choć za krótki….

Ale ,,czarniejsze” są Twoje oczy patrzące na mnie przez chwilę,

niż wszystkie te obrazy, których widziałam już tyle…

 

Biel

Białą brzoza, smukłością się wspina

Z białej kory strój ma dziewiczy

Białą smugą zieleń przecina

Czarne cętki na pieli liczę

Biała dusza w niej cicho śpiewa

Jak tęsknota w drzewo zaklęta

W cichym parku słuchają drzewa

Szept jej liści – wiatr zapamiętał

 

NOCNE OBRAZY

 

 

Błogi sen

Nocą, gdy sen niedaleko

Zegar miarowo odlicza czas

Pod ciężką senną powieką

Miękko się ściele marzeń blask

Sączy się strumień dżwięków nocy

W oddali zegar wybił godzinę

Po nieboskłonie księżyc kroczy

Za chwilę płaszcz swój z gwiazd rozwinie

Spokój zastyga w ciszy

Morfeusz gładzi twój policzek

Już w dal odpływasz

Już nie słyszysz,

Jak czas powoli noc odlicza

 

Nocne zmory

Noc nad miastem nadciąga ponuro

Świstem wiatru ,,liczy” kominy

Księżyc się schronił za chmurą

Zz zachodu widać poblask siny

Wyłażą cienie z bram kamienic

Wypełza zimno z zakamarków

Bezdomny drży gdzieś w ciemnej sieni

Tuląc się w palto swe podarte

Pies przebiegł szybko przez ulicę

Nad dachem siwy dym się snuje

Ni żywej duszy w okolicy

Bezdomny do snu się szykuje

 

Zmrok

Słońce odchodzi po długim dniu

Żegna się z nami spracowane wielce

Dla ludzi przyszła pora snu

Noc w mgłach wieczornych kryje słońca serce

Księżyc rozpoczął nocną drogę

Srebrną poświatę śle do okien

Jutro już czeka za domu progiem

Gwiezdny pył mami dziwnym urokiem

W tej ciszy nocnej srebrzy się poświata

Księżyca – nierealny blask

Gdzieś…. Nocna mara sieci swe wyplata

Dopóki ich nie zerwie ranny brzask

mar 08
2010

rozpoczęłam pisać w magicznym momencie ukończenia 45 lat

Dodane przez Barbara w miloscczekanie

POCZĄTEK

 

45 lat temu, nawet pory roku wyglądały jakoś inaczej. Pewnie, dlatego, że i ludzie, drzewa i samochody były inne. Inna była atmosfera porannej krzątaniny. Nawet słońce zdawało się świecić jakby inaczej.

 

Na jesiennych ulicach, pokrywających się złotoczerwonym dywanem, spiesznie przemieszczali się dążący ku jakimś – sobie tylko znanym celom – przechodnie.

W tym porannym tłumie szczególnie barwnie wyróżniały się kobiety. Właściwie większość z nich sprawiała wrażenie dziewcząt - lalek.

 

Zapewne był to efekt panującej mody. Bo moda tamtego czasu była dosyć niebanalna i narzucała określony styl.

Buty ,,szpilki” z wydłużonymi czubkami, na cieniutkim obcasiku, lub tzw. ,,trumniaki”- dziś powracające do mody pod nazwą balerinki.

Reszta odzieży też miała intrygujący wygląd.

Wąskie spodnie ,,rybaczki”, mini spódniczki - wąskie lub tzw. ,,bombki” na sztywnej halce, bluzeczki z dekoltem w tzw. ,,łódkę”. Dominowała różnorodna kolorystyka, jakby na przekorę szarości życia zdominowanego przez ówczesną politykę.

Szyję każdej elegantki zdobiła kolorowa apaszka lub jakiś oryginalny naszyjnik.

Na głowie królował obowiązkowy ,,tapir”, czyli napuszona i utrwalona lakierem do włosów fryzura, lub tzw. ,,koński ogon”, czyli włosy związane gumką wysoko, prawie na czubku głowy. Żadne tam jakieś warkocze, czy grzeczne koszyczki – panował wizerunek ,,małej drapieżnej dziewczynki”. Koki były ,,zarezerwowane” dla elegantek, z kopertową torebką pod pachą i w rękawiczkach pochodzących często z paczek z zachodu – potocznie zwanego ,,Unnrą”.

Cały ten zestaw dawał obraz cukierkowego, trzpiotowatego, wyglądu - nawet, gdy tak odziana kobieta miała około 30 lat.

Mężczyźni tylko w niewielkiej liczbie stylizowali się na ,,chłopców”, wręcz przeciwnie, starali się dodawać sobie powagi zarówno ubiorem, jak i obyczajami i sposobem zachowania. Wszechobecne papierosy były atrybutem dojrzałości. Nonszalancki styl bycia miał dodawać powagi.

 

Liczne grupki przechodniów, pospiesznie mijały dom z oknami, za którymi dwoje ludzi w wieku około 50 lat, patrzyło na siebie z dwóch stron dużego okrągłego stołu.

Na progu jeszcze wilgotniał mokry ślad buta pozostawiony przez pracownika poczty, który właśnie przyniósł telegram.

Teraz ten biały skrawek papieru leżał na środku stołu, na lnianym obrusie w brązowe róże. Stół był masywny, okrągły – pamiętał zapewne niejedno pokolenie i niejedno rodzinne wydarzenie.

Mężczyzna z trudem panował nad gniewem i widać było, ze informacja telegramu powodowała trudną do opanowania złość.

Kobieta natomiast sprawiała wrażenie, jakby nieobecnej myślami.

Jej wzrok bezwiednie błądził po skromnych sprzętach wypełniających niewielki pokój.

 

Na przestrzeni kilku zaledwie metrów kwadratowych podłogi, z trudem znalazły dla siebie miejsce, sprzęty pełniące podstawową rolę w codzienności tych dwojga.

Każdy z tych mebli, jako pojedynczy egzemplarz zachował urodę dawnej świetności, – lecz przypadkowe ich zgromadzenie stanowiło niezrozumiały chaos w wystroju mieszkania.

Sama szafa swoim wyglądem dawała obserwatorowi do zrozumienia, że jeden człowiek nie ma najmniejszych szans w starciu z jej ciężarem. Była trzydrzwiowa, pokryta ozdobnym fornirem i zajmowała niewyobrażalną ilość skromnej przestrzeni. Sprawiała wrażenie przytłaczające.

Na środku pokoju ,,walczył o dominację” stół.

Na czterech stylizowanych na zwierzęce łapy, nogach, w swoim wnętrzu krył sekret dwóch dodatkowych płyt, które po rozsunięciu dawały blat owalny.

 Pod ścianą stał tapczan, pluszowy, w kolorze czerwonym, przykryty ,,włochatym czymś”, tkanym pewnie strasznie dawno temu na staroświeckich krosnach.

Pod oknem, na czarnych, żeliwnych nogach stała ,,przedpotopowa” maszyna do szycia marki ,,Dürkopff”, obok niej rozkładany fotel. Taki sam drugi fotel stał koło drzwi.

Całości dopełniała szafka obok okna, z radiem - z tzw. ,,magicznym okiem” -marki,,Poemat” z adapterem. Pod szafką był szary karton wypełniony wszelkiego rodzaju płytami. Oczywiście nie mogło zabraknąć kaflowego pieca, stróża ciepłoty w mroźne i paskudne dni, gdy pora roku zatrzymywała domowników w domu, a szyby zamazywał szary deszcz, lub rozjaśniał śnieg zarażając cały świat zimnym mrozem.

Podłoga miała; na bordowy kolor pomalowane deski, a na ,,ścieżkach komunikacji”, czyli najczęściej deptanych miejscach, lakier pościerał się ujawniając poprzedni kolor - jasno orzechowy.

Całe mieszkanie wraz ze swoim wystrojem zdawało się zaprzeczać modzie i panującemu wszechobecnie kolorytowi.

Tu nie można było dostrzec nic, ponad niezbędną konieczność.

 

Jednak ten dzień właśnie stawał się dniem przełomu dla dwojga ludzi, doświadczonych burzliwością minionej wojny, i okupacji, nadszarpniętych kolejami losu i skromnie dążących do odrobiny spokoju w dźwigającym się z gruzów, od niespełna dwudziestu lat kraju.

 

Słowa w telegramie właśnie burzyły ten z trudem osiągany spokój.

,,Dziecko zdrowe. Matki nie ma w szpitalu. Proszę przyjechać, podjąć decyzję. Bolewicz”.

 

Po długim milczeniu mężczyzna podjął decyzję;

- Właściwie nie ma, na co czekać Nusia. Pozostaje tylko kwestia wyboru - czy mam pojechać sam, a ty zostaniesz i coś przygotujesz? Czy może pojedziemy razem?

    - Jedź. Zostanę. Nie martw się. Coś się postaram przynieść do domu. Weź tylko jakąś poduszkę i koc. Plandeka w gaziku nie chroni za bardzo a nawet może padać.

         - …..A jakieś ubranka?

         - Weź w szpitalnych, potem oddamy.

         - Nawet nie napisali, czy to chłopiec czy dziewczynka?

         - Nieważne. Zobaczysz na miejscu.

         - A jak każą wpisać jakieś imię?

         - To po drodze coś wymyślisz…..

         - Może Piotruś?

         - …..A ona….?

         - Basia ….?, Jak w Trylogii?…

- No to już masz. Weź Adaś jakieś dokumenty, Anki też, bo mogą pytać. Weź ich metrykę ślubu. Jest w szafie w dokumentach.

- Dobrze. Idę pogadać z leśniczym o transporcie. Chyba się zgodzi. On niewiele pyta. Zawsze mówi;,,jak mus to mus”.

- To weź Adaś wszystko już ze sobą, szkoda żebyś tracił czas na wracanie do domu. – dodała, gdy zamierzał już wychodzić ubrany w ciepłą kurtkę.

Cofnął się więc, wziął koc, poduszkę i ponownie skierował się do drzwi wyjściowych.

 

Po wyjściu męża, Nusia wstała od stołu, głęboko odetchnęła, jakby dodając sobie odwagi przed wyjściem z domu i zdjęła - z gwoździa wbitego w ścianę koło drzwi – klucz. Ubrała jesionkę, potem wsunęła buty i już nieco pewniejszym krokiem wyszła z mieszkania.

Tak do końca nie wiedziała, gdzie skierować pierwsze kroki. Nie przypominała sobie nikogo, kto ma małe dzieci i mógłby zaradzić problemowi, który pojawił się w jej domu zaledwie 2 godziny temu. W końcu jej wybór padł na dom naprzeciwko.

Przeszła przez ulicę i weszła do piętrowej kamienicy. Gdy stanęła pod drzwiami, uświadomiła sobie, że tak naprawdę nie wie, co powiedzieć najpierw. Stwierdziła jednak, że skoro przeżyła okupację, wojenne naloty i inne ciężkie chwile, to i teraz powinno pójść jakoś do przodu.

Zapukała i usłyszawszy,,Proszę” weszła do środka.

Aniela była znajomą z kolejek i klientką często przynoszącą jej odzież do reperacji lub do uszycia. Często opowiadała o wnukach i Nusia uznała, że dziś pomoże jej – babci od niespełna dwóch godzin.

Rozpromieniony uśmiech gospodyni, był doprawiony odrobiną zdziwienia. Nusia raczej nieczęsto odwiedzała innych. Była domatorką i jak na gust mieszkanek miasteczka trochę dziwną i małomówną osobą.

Musiało wydarzyć się coś bardzo niezwykłego, skoro tak stroniąca od innych kobieta przyszła do jej – Anieli domu - z własnej inicjatywy.

- Zrobię kawę, pogadamy – zaczęła rozmowę

- Kawy się chętnie napiję, ale będę już mówić zanim pani ją zrobi. Dobrze? – Nusia pomyślała, że łatwiej będzie mówić, gdy Aniela będzie się krzątać po kuchni.

- W takim razie słucham - Aniela nalała wody do czajnika i podłożyła do kuchni więcej drzewa, aby rozniecić ogień.

- Właśnie z Adamem staliśmy się dziadkami.

- Wspaniale, a jak czuje się córka, dawno jej nie widziałam.

- Nie wiem…..

- Nie rozumiem – Anieli ręka z łyżeczką zawisła w powietrzu nad puszką z kawą.

- No nie wiem, nawet nie wiem, co się urodziło…..

 

Na twarzy Anieli pojawił się wyraz konsternacji.

 

- Pani Nusiu, proszę sobie ze mnie nie żartować. – Aniela spoważniała.

- No właśnie tak ….. I tu popłynęła długa, jak na Anieli gościa, opowieść streszczająca przebieg ostatnich dwóch godzin w domu Adama i Nusi.

Woda w czajniku prawie się wygotowała, gdy Anieli udało się otrząsnąć z szokującego wrażenia, jakie wywołała ta opowieść.

Na szczęście była to osoba dosyć energiczna i pod koniec monologu Nusi, już miała w głowie gotowy plan, jak pomóc tym dwojgu ludziom postawionym w tak nietypowej sytuacji.

 

Gdy,,świeżo upieczona” babcia wróciła do domu z kilkoma pakunkami, Adam kilkanaście kilometrów dalej w małomiasteczkowym szpitaliku kończył dopełnianie formalności związanych z odbiorem,,dziecka płci żeńskiej” i z niepokojem myślał, jak sobie z tym wszystkim poradzi.

 

Dziewczynka była bardzo podobna do matki, w owalu twarzy można było dostrzec lekko wschodnie rysy. Jednak otwarte oczy nie pozostawiały wątpliwości – były turkusowo niebieskie. To wynik mieszanki genów mężczyzny rodem z północy o nordyckich rysach i kobiety z południowego wschodu o tatarskich korzeniach.

 Co prawda pielęgniarka mówiła że wszystkie dzieci mają na początku niebieskie oczy, ale Adam ,,wiedział” że tak już zostanie.

Właśnie te ogromne niebieskie oczy kilkudniowego maleństwa z uwagą wpatrywały się w pochylone nad nią twarze. Nie płakała, nie marudziła, tylko z uwagą wodziła oczami za tym, co wokoło niej się działo.

Pielęgniarka przygotowująca mały,,pakuneczek”, nie mogła się nadziwić, że maleństwo ani razu nie zaprotestowało wobec wzmożonego wokół niej ruchu i krzątaniny.

Troszkę słyszała na oddziale o nietypowej sytuacji, jaka była udziałem tej małej istotki i teraz miała wrażenie jakby dziecko poprzez swoje milczenie nie chciało uronić ani jednej sekundy z upływu czasu, w którym decydowały się jej losy.

 

Po zakończeniu wszystkich papierkowych ceregieli, Adam zapakował maleńką w poduszkę, owinął kocem i wsiadł do ,,gazika” czekającego na ulicy.

Kierowca – leśniczy z sumiastym wąsem, w zielonym mundurze; uśmiechnął się na widok wsiadających pasażerów ( co prawda jednego z nich trzeba było się domyśleć z pokaźnego zawiniątka w kraciastym kocu ), i uruchomił silnik, a potem ruszyli w drogę powrotną.

Na szczęście pogoda nie była kapryśna i promienie jesiennego słońca ogrzewały jadący samochód i niezwykłą w nim załogę.

Gdy dojechali na miejsce, Adam umówił się z panem Władkiem ( tak miał na imię samotny dziwak z leśniczówki), że jak tylko,,zainstaluje” małą w domu, natychmiast przyjdzie i omówią zapłatę.

Sumiasty wąs pana Władka nastroszył się gniewnie i spod gęstego zarostu zaczęły się wydobywać nic dobrego niewróżące sapania, po czym ruszył z miejsca i tylko z szoferki było słychać niezbyt grzeczne;

- …..Coś pan zwariował!!!!! Martw się pan jak teraz wyżywić większą rodzinę! A nie zawracaj sobie pan głowy jakimiś bzdurami.

 

Adam stał zdezorientowany taką gwałtowną reakcją kolegi, że nawet nie zdążył powiedzieć słowa,,dziękuję”. Po czym obrócił się i, jako że ręce miał zajęte, łokciem otworzył drzwi do sieni i wszedł do domu.

 Nusia już czekała w otwartych drzwiach mieszkania. Dało się zauważyć, że w domu było o wiele cieplej – rozpaliła w piecu, aby dziecko miało podobną temperaturę do tej szpitalnej. Na stole stały jakieś dziwne przedmioty.

Adam nie miał okazji poznać ich przeznaczenia, bo gdy urodziła się jego córka, on sam był na Syberii, trwała wojna, a gdy już zobaczył swoje dziecko, to była już duża, prawie czteroletnia dziewczynka.

Ominęły go, więc,,uroki” wychowywania niemowlęcia.

Tym bardziej teraz, gdy składał na tapczanie kraciasty pakunek, zachodził w głowę, jak to on, 53 – letni mężczyzna poradzi sobie z trudami wychowawczymi, z kształtowaniem od samego początku nowego,,człowieczka”.

Co innego małżonka, ona przynajmniej z racji płci wiedziała, jak to się robi. Przynajmniej powinna wiedzieć…….

Chociaż nie do końca był przekonany, czy Nusia poradzi sobie wewnętrznie z tą sytuacją, która spadła na nią jak grom z jasnego nieba.

O tym, aby zastanawiać się gdzie w tej chwili jest matka dziecka, nawet nie miał czasu pomyśleć. Stwierdził, że są w tej chwili ważniejsze rzeczy do poukładania.

 

Pochylili się oboje nad,,zawartością” poduszki i z uwagą przyglądali się ( zresztą z wzajemnością) nowej lokatorce ich skromnego mieszkanka.

- Podobna do Anki – stwierdziła Nusia

- taak – przeciągle odrzekł Adam. Skąd miał wiedzieć jak wyglądała Anka w tym wieku. Musiał uwierzyć na słowo – też taka była spokojna ? – Zapytał w końcu.

- Akurat nie. Była przeciwieństwem tego dziecka, płakała niemal bez przerwy.

Adasiu! – Zaniepokoiła się – a może ona jest chora, bo to takie dziwne, że nie płacze.

- Lekarz mówił, że wszystko jest w normie. Co prawda przechodziła te wszystkie dolegliwości noworodka, ale teraz jest już w porządku. Dał jakieś recepty, muszę poszukać aptekę. Poradzisz sobie? – Właściwie stwierdził niż zapytał.

- Chyba tak…. Tak – już pewniej dodała

- Zaraz wrócę, to nie powinno potrwać długo, chyba, że wstąpię do Edka, popytam o jakieś łóżeczko i wózek. Jego ostatnie dziecko już chodzi, a mówił w żartach, że czworo mu chyba wystarczy. – Uśmiechnął się po ostatnich słowach.

- Dobry pomysł, spróbuję przygotować jej coś do jedzenia……

- Ona ma na imię Basia. – Adam jakoś szczególnie zaznaczył te słowa.

Odpowiedziało mu milczenie. Wtedy nabrał pewności, że żonie nie będzie jednak łatwo poradzić sobie z zaistniałą sytuacją.

 

Gdy wyszedł z mieszkania, Nusia – jakby automatycznie – zaczęła wykonywać czynności pielęgnacyjne przy dziecku. Rozebrała z szpitalnych ciuszków. Wyciągnęła z dopiero, co przyniesionych pakunków, nowe ubranka i pieluszki. Przetarła dziecko mokrą pieluszką. Nie zdecydowała się jej kąpać po podróży, uważała, że mieszkanie nie zdążyło się jeszcze wystarczająco nagrzać. Postanowiła odłożyć kąpiel do następnego dnia. Miała już wcześniej przygotowane mleko i po przebraniu niemowlęcia nakarmiła je, ale nie wzięła jej na ręce.

Wolała zrobić to w bezpiecznej pozycji, na lekko uniesionej poduszce.

Targały nią mieszane uczucia, nie potrafiła pozbierać sensownie myśli.

To wszystko spadło na nią tak nagle i wtargnęło w jej zawieszoną rzeczywistość z siłą tornada.

Nawet przez chwilę marzyła o tym, aby obudzić się i stwierdzić, że to tylko sen, trwający już trochę za długo.

Dziecko zasnęło, syte i przebrane.

Z zamyślenia wyrwał świeżo upieczoną babcię jakiś zgiełk w sieni. Uspokoiła się słysząc głos męża. Drzwi się otwarły i Adam z jakimś jeszcze mężczyzną wnieśli do pokoju elementy wskazujące na metalowe łóżeczko w kawałkach.

Pan Edward skłonił się uprzejmie i z ciekawością zerknął na tapczan. Na jego twarzy odmalował się słoneczny uśmiech, i jakaś taka tkliwość w oczach. W sumie pamiętał swoje cztery powitania nowych potomków w jego, co roku powiększającej się rodzinie.

Pospiesznie wyszedł do sieni, ale zaraz wrócił taszcząc coś na wzór płóciennego worka, z pokaźną zawartością.

- Moja przebrała ubranka w szafie i te za małe dała wam. Przydadzą się. – Stwierdził stawiając na fotelu pakunek. – A jakby, co to te pierwsze dni pomoże, bo ona tak już ma, że wszystkie sąsiedzkie niemowlaki i ich mamy odwiedza…… O kurczę przepraszam pani jest babcią.

- Nie szkodzi – odparła Nusia – też jestem pewnym sensie nowicjuszką, i na pewno będę potrzebowała pomocy.

- No to ja już pójdę, a jakby, co; to wiecie……. – Rzucił jeszcze drzwiach i tyle go widzieli.

Znowu nie zdążyli nawet podziękować za te wszystkie dary……..

 

Basia spała spokojnie, Adam najciszej, jak się tylko dało, składał w kuchni łóżeczko. Nusia siedziała na krześle milcząca i popijała swoje wieczorne ziółka.

Niewiele rozmawiali. Zresztą dziecko spało i chyba nie chcieli jej obudzić. To była zresztą najlepsza wymówka ich milczenia.

Kiedy łóżeczko było już gotowe, postawili je na razie koło tapczanu i Adam ostrożne przeniósł poduszkę z dziewczynką i ułożył na materacyku. Nawet nie drgnęła.

W międzyczasie Nusia wygospodarowała półkę w szafie i poukładała większość ubranek.

- Trochę za mało pieluch – stwierdziła

- Trzeba dokupić – Adam uważał, że problemy należy rozwiązywać, nieważne jak, byle skutecznie.

- Poszukam tetrę w sklepach z materiałami i sama poszyję, wyjdzie taniej. – Dopowiedziała składając resztę podarunków na jednym z foteli.

 

Stanęli naprzeciwko siebie koło łóżeczka i jakby dla dodania sobie odwagi popatrzyli na siebie z trochę bezradnym uśmiechem.

- Jakoś sobie poradzimy, prawda Adasiu? – Ona potrzebowała tego zapewnienia, chciała je usłyszeć, aby zagłuszyć wszystkie strachy kłębiące się we wnętrzu jej serca.

- Na pewno – Chciał w to wierzyć, tak samo jak ona.

 

I CO DALEJ…….?

 

Minął miesiąc, pełen huśtawek stanu małej. Albo kilkudniowa biegunka, albo dla odmiany wymioty każdą zawartością butelki – nawet herbaty. Nusia opadała z sił nie mogąc wymyśleć sposobu na stan dziecka. Lekarze też zdawali się bezsilni. Dziadkowie wypróbowali już mleko krowie, mleko  w proszku; efekt był wciąż ten sam – mała nie przyswajała do środka nic z tego, czym żyły w większości wszystkie niemowlęta.

Na szczęście w niedalekim sąsiedztwie gospodarz hodował kozy. Miał ich całkiem pokaźne stadko. Adam poszedł do niego i po wstępnej próbie , która okazała się strzałem w dziesiątkę – zaczął codziennie chodzić po świeże kozie mleko. Nareszcie maleńka zaczęła znowu przybierać na wadze, coraz rzadziej zdarzały jej się bunty małego żołądeczka i wrócił uśmiech ma maleńką buzię z ogromnymi błękitnymi oczkami. Z cowieczornej wyprawy po życiodajny dla dziecka biały płyn Dziadek wrócił trochę później.

- Byłem u Kazika – Adam wszedł do domu i strzepując deszczowe krople z parasola, usprawiedliwiał późniejszy powrót.

- A po co? – Zapytała Nusia

- Zapytałem go, czy poda Basię do chrztu.

- Nie za wcześnie? Dopiero, co przywiozłeś ją. Może poczekamy do świąt?

- Sama mówiłaś, że słaba i chorowita a w szpitalu nie chrzcili z wody bo było w miarę dobrze. Poza tym, to Ty wciąż mówisz o tradycjach kościelnych, chrzczeniu w trzecim miesiącu, więc nie rozumiem twoich pytań.

- No tak, ale Anka…….

- Co Anka ? Nie denerwuj mnie, Basia jest pod nasza opieką, więc musimy zatroszczyć się o wszystko, co potrzebne jest jej do dorastania.

- No, ale może jakoś jej poszukać, powinna być w kościele w tak ważnej chwili ….. – Nusia nie dawała za wygraną.

- Ja ci zaraz powiem, gdzie ona teraz powinna być, o ile sama tego nie wiesz? – Adam zaczął tracić cierpliwość. Zawsze tak było, gdy Nusia, próbowała za wszelką cenę wycofać się z obowiązku podjęcia konkretnych decyzji, albo po prostu nie czuła się pewna w zaistniałej sytuacji.

- Ale przecież sam mówiłeś, że kościół to instytucja i póki, co małżeństwu Anki nie posłużył…….. – Próbowała się odwoływać do jego wcześniejszych poglądów, albo może zrozumieć jakiś niewytłumaczalny zwrot w nastawieniu męża do spraw religii.

- Oczywiście, że mówiłem, ale w tym przypadku uważam, że Basia musi od nas dostać to, co powinna. Gdy dorośnie sama podejmie decyzję o tym jak chce dalej żyć. A zresztą Ankę też ochrzciliśmy – kontynuował - posłaliśmy do komunii i takie tam. Dorosła i o ślubie kościelnym zdecydowali oboje. To oni odpowiadają za jakość tego, co zrobili z przysięgą i tym, co nazywacie sakramentem. Jak już się ktoś świadomie podejmuje jakichś zobowiązań wobec Boga, to łamiąc te słowa ………- urwał zdanie.

- Zresztą wiesz co u mnie znaczy dane słowo. Żadne pieniądze nie są warte danego słowa. Jak się już coś mówi to należy się tego trzymać. Basia będzie ochrzczona najszybciej jak można i już. – Zamknął dyskusję, a właściwie swoisty monolog.

- Niby mówisz o katolikach,,wy”, a Basię chcesz chrzcić. Nie rozumiem. – Indagowała Nusia, całkiem chyba już pogubiona w dywagacjach Adama.

- Nie trzeba, żebyś rozumiała. Jak Basia dorośnie, to jej to wyjaśnię. Tobie już próbowałem…… kilka razy………. Kazik będzie chrzestnym …. I jakaś jego koleżanka. My tu i tak nikogo nie mamy, żadnej rodziny. A jakoś to trzeba zrobić.

- No a co powiemy w kościele?

- Prawdę – krótko uciął Adam – a masz inne propozycje?

- No nie wiem jak to będzie wyglądać.

- Normalnie. Dziadkowie podjęli się wychowania wnuczki, aby nie wychowywało jej państwo i chcą być dla niej rodzicami, w dosłownym znaczeniu tego słowa. Tak, jak przysięga się w dniu ślubu. Chyba pamiętasz?

- Załatwisz to? – Widać było, że Nusia nie czuje się na siłach stawić czoła rzeczywistości.

- Przecież wiesz, że tak, chociaż wiesz równie dobrze, że nie lubię klechów jak cholera? Ale to już inna bajka ….. Co Bóg winien, że ma czasem takich różnych wykonawców?

- Nie mogę tego słuchać – Nusia wycofała się do kuchni, jak zwykle, gdy dyskusja zaogniała się na takie tematy. Wolała nie prowokować dalszego rozwoju mężowskich poglądów. Zresztą znała je doskonale i wiedziała, że próba przedstawienia jej zdania, spotka się z jeszcze gorętszą lawiną trudnych do odparcia argumentów. Adam był pragmatykiem dosłownie rozumiejącym zasady dekalogu i miał poglądy raczej skrajne. Zresztą równie skrajnie je bronił.

 

Nusia, co prawda od rana łykała jakieś pastylki na uspokojenie, nie mogąc sobie poradzić ze świadomością niezwykłości sytuacji, – ale ogólnie na jej twarzy trudno było dostrzec objawy wewnętrznej walki, jaką toczyła sama ze sobą.

W przeciwieństwie do męża, nie potrafiła wielu spraw brać tak, po prostu….. Przywiązywała wielką wagę do wszystkiego, a zwłaszcza do opinii innych ludzi. Bała się dezaprobaty.

Nie czuła się zresztą bezpiecznie nigdzie. Lata tułaczki od momentu wypędzenia ze Lwowa, odcisnęły swoje piętno na jej delikatnej naturze i sprawiły, że wciąż oglądała się za siebie z lękiem nasłuchując, co mówią inni.

Nie ufała chyba nikomu, nie potrafiła spokojnie funkcjonować w rzeczywistości, w jakiej przyszło jej żyć.

Na wszelki wypadek stworzyła sobie jakiś swoisty wewnętrzny mały świat, w który wycofywała się mentalnie, sprawiając wrażenie obecnej tylko ciałem wśród innych ludzi.

Do tego świata nie dopuszczała nikogo i gdy okazywało się, że ktoś próbuje sforsować stworzony przez nią mur, stawała się chłodna, nieprzystępna i robiła wszystko, aby zniechęcić ,,agresora”, – bo tak traktowała tych, którzy, chcieli dostać się do jej oazy wewnętrznego spokoju.

Znowu włączyła ,,automatyzm czynności”, czyli wyprasowała koronki w beciku do perfekcji, przygotowała poczęstunek na powrót z kościoła, na szafie powiesiła odświętne, wyprasowane ubrania dla siebie i męża, położyła na stole wszystkie rzeczy potrzebne do zabrania na mszę i chrzest.

Wszystkie czynności wykonywała w milczeniu i dla postronnego obserwatora mogłoby się wydawać, że robi to z wielką uwagą i powagą.

Tylko Adaś wiedział, że najchętniej usiadłaby na tapczanie i zaczęłaby bezgłośnie płakać ( tyle lat byli ze sobą i nigdy nie mógł zrozumieć, jakie emocje są w jej sercu, nawet płacz dusiła w sobie, jakby bała się, że gdy rozpłacze się w głos, to nie będzie umiała przestać.)

Podszedł do niej w trakcie tej krzątaniny i położył rękę na ramieniu.

- Zrobię ci kawy, dobrze? Takiej mocniejszej, z mlekiem…….

- Zrób….. W mojej szklance…… dobrze mi zrobi…… - chciała w to uwierzyć tak samo jak Adaś.

Rozumieli się bez słów, jakby czytali w swoich myślach, chociaż rzadko zachowywali się jak para gołąbków. Raczej jak rodzeństwo, które wychowało się razem i znało się ,,od podszewki’

Basia leżała w łóżeczku, z główką skierowaną w stronę pokoju i obserwowała krzątaninę. Jak na prawie trzymiesięcznego niemowlaka, była troszkę malutka. Po przywiezieniu ze szpitala wymęczyły ją chyba wszystkie dostępne dolegliwości. Dominowała biegunka, i dopiero kozie mleko sprawiło, że zaczęła zatrzymywać w sobie podawany pokarm. Potem okazało się, że mąka kukurydziana, to jest to, co toleruje jej żołądek. Lekarze kiwali głowami i metodą poszukiwań doszli do wniosku, że chyba w końcu udało się opanować sytuacje. Nikt wtedy jeszcze nie znał tak dokładnie tak, jak dzisiaj, tematyki dzieci alergicznych czy bezglutenowych.

Adam doszedł po tym wszystkim do wniosku, że Basik jest wyjątkową dziewczynką i trzeba to uszanować. Najważniejsze, że w końcu udało się dojść do ,,porozumienia” z jej rozkapryszonym organizmem. Na szczęście tylko to małe ciałko miało humorki, bo Basiunia dzielnie znosiła te wszystkie niedogodności i nawet gorączka nie powodowała zbyt wielkiego płaczu.

Tylko te ogromne niebieskie oczy patrzyły na dorosłych z niemym pytaniem;,, jak długo jeszcze będzie tak paskudnie?”

Nusia w głębi duszy ufała, że chrzest będzie zwrotnym momentem w jej ciągle nawracających dolegliwościach. Dlatego gorliwie rozpoczęła przygotowania, chociaż, coś w głębi serca, kazało jej myśleć, że to wszystko jest nie tak jak powinno.

Nie mówiła tego głośno, jak zawsze zresztą, tylko rozmyślała, rozmyślała…… a czasem mrugała oczami, zatrzymując napływające łzy.

 

Dzień zapowiadał się pogodnie, pomimo, że pierwsze dni grudnia, jak na razie były raczej deszczowe i mało przypominające zimowe klimaty.

Na szczęście nie było zbyt zimno i oboje ,,rodzice z konieczności” oraz rodzice chrzestni pojawili się w kościele o oznaczonej porze.

 

Nusia szła z pochyloną głową, unikając wzroku ciekawskich ludzi, szeptem wymieniających komentarze. Natomiast Adam szarmanckim krokiem, z dumnie uniesioną głową kroczył, niosąc becik i dopiero przed samym ołtarzem, siadając w przygotowanej ławce, pozwolił wziąć maleńką rodzicom chrzestnym.

Duma, jak malowała się na jego twarzy powodowała, że szepczący ludzie milkli, a Nusia zaczęła powoli unosić głowę.

To nawet trudno było nazwać dumą, to była raczej z trudem skrywana hardość, i wyzwanie bijące z jego oczu, które sprawiało, że mieszkańcy miasteczka powoli nabierali pewności, iż jakiekolwiek pytania kierowane do Adama, spotkają się z bezpardonową reakcją.

 

Msza i ceremoniał chrztu, przebiegł bez zakłóceń. Ksiądz złożył wszystkim życzenia, z uwagą dobierając słowa.

Niecodziennie miał do czynienia z tak wyjątkową sytuacją.

 

W domu czekał obiad, gości było aż pięcioro – rodzice chrzestni, pan Edek z żoną i Władek.

,,Edkowie” zresztą szybko po obiedzie pożegnali się, tłumacząc, ze babcia zbyt długo nie poradzi sobie z czwórką maluchów. Chrzestna matka, też spieszyła się gdzieś bardzo i obdarowana pakiecikiem ciasta pożegnała wszystkich, życząc miłego biesiadowania.

Na szczęście pan Władek i ojciec chrzestny zostali, i przy lampce czerwonego wina domowej roboty, gadali o wszystkim i o niczym.

Kazik próbował zagadnąć o Ankę, ale Adam uciął szybko temat tłumacząc, że nie chciałby się denerwować, bo był u spowiedzi. Zrozumieli wymówkę i zaczęli gadać o pracy, polityce i miasteczkowych sprawach.

Nusia, najpierw zajęła się typowymi czynnościami gospodyni domu, potem nakarmiła Basię, by w końcu zrobić kawę i przysiąść się do rozmówców.

Udało jej się w ten sposób uniknąć kłopotliwych chwil. Bardziej chyba kłopotliwych dla niej samej, bo jak widać Adam świetnie sobie radził w ,,zamykaniu” tematu.

 

Nie tak wyobrażała sobie ten dzisiejszy, uroczysty dzień, gdy ze wzruszeniem patrzyła na Ankę składającą przysięgę małżeńską w kościele katedralnym. Jak ona pięknie wyglądała w białej sukni, z welonem na króciutkich włosach, ostrzyżonych na chłopaka.

Co prawda, tłumaczyła jej, że kobieta do ślubu mogłaby mieć trochę dłuższe włosy, ale Anka miła swój własny styl i nijak nie pasował on do tradycyjnego stroju ślubnego.

I tak cud, że dała się namówić na sukienkę długą aż do ziemi, bo zgodnie z obowiązującą modą miała zamiar wejść do kościoła w białej mini ,,koszulce”, a tego nie zniosłaby nie tylko matka, ale i wszystkie obecne w kościele kobiety. Nie było ich tak dużo, ślub był w gronie najbliższych, ale Nusia starała się przynajmniej mieć wpływ na wygląd córki w tak ważnym momencie życia.

Potem coraz bardziej upewniała się, że Anka ani ślubu, ani małżeństwa, ani męża nie potraktowała zbyt poważnie.

Ot, fanaberia kobiety o mentalności podlotka, jakże popularnej wśród większości jej rówieśnic.

Chwila, kaprys, drobna kłótnia powodowała szybkie myśli o rozstaniu, i jeszcze szybsze wprowadzanie ich w czyn.

Nusia jeszcze miała nadzieję, że Anka w końcu pozbiera się, uspokoją się rozszalałe hormony, właściwe dla stanu ciąży.

Niestety, zawiodły ją pobożne życzenia. Anka pomimo stanu ciąży znikała ,,diabli wiedzą gdzie” – jak mawiał Adam, a Zyga śpiewając ,,do kotleta” po ,,pracy” zapijał nieszczęśliwą miłość.

Wszystko ,,sypało się” w rekordowym tempie i w końcu pękło, gdy okazało się, że szpital nie wie, co począć z małym noworodkiem.

 

TO NIE KONIEC KŁOPOTÓW……..

 

Niby wszystko toczyło się zwykłym rytmem, pierwsze trzy lata dzieliły się na miesiące normalne i te z dusznościami – ,,fachowo” nazwanymi przez lekarzy ,,krztuścem”.

Jak mawiał Adam – Diabli wiedzą, co to za cholerstwo? Studia kończą, dyplomy mają, a jak przychodzi, co, do czego, to guzik wiedzą…… - pogardliwie podsumowywał rozmaite diagnozy.

Ostatnio jednak, chyba coś zaczęło się dziać niezbyt dobrze. Basia słabła, przeziębienia stawały się chroniczne.

Adam zaczął znosić do domu jakieś ,,zielsko” ( jak mówiła Nusia) i po wysuszeniu rozdzielać do osobnych torebek.

 Przypominał sobie to, o czym w tamtym czasie nie wolno było zbyt głośno mówić, aby nie być posądzonym o szarlatanerię i znachorstwo.

 

Kryzys pojawił się pewnej styczniowej nocy. Oboje nie spali, bo Basia miała tak ciężki oddech, jakby cały świat zwalił się na jej drobne żebra. W pewnej chwili Adam zorientował się, że oddech się rwie i dziecko jakby się zapadało. Wygarnął małą w pośpiechu z łóżeczka, naprędce owinął kocem, potem w biegu ubrał kurtkę, buty i wybiegł w mroźną noc. Nie zwracał uwagi na mróz kąsający go w policzki, nawet na brak czapki i szalika. Miał jeden cel. Jak najszybciej dobiec do szpitala.

Droga dłużyła się w nieskończoność, tylko jak mantrę powtarzał słowa; ,,oddychaj, Basik oddychaj, nie przestawaj, proszę…..” W końcu zobaczył światła budynku szpitalnego i pomimo oblodzonej drogi pod nogami, przyspieszył kroku.

Basia słyszała słowa Dziadziusia, pomimo, że coraz trudniej było jej zmusić żebra do ponownego uniesienia się w górę.

Ale jego głos czynił coś więcej – uspakajał jej lęk, wiedziała, że jak Dziadziuś mówi, to nic jej nie grozi, tak jakby odpędzał wszystkie złe zmory i straszydła.

W szpitalu wzięli mu z rąk tracącą przytomność dziewczynkę i zostawili go na środku korytarza, zdyszanego i roztrzęsionego.

Usiadł na ławce i dopiero w tym momencie poczuł zmęczenie, spojrzał na zegarek. Była czwarta rano. Za godzinę powinien iść na pociąg wiozący go do pracy.

Machnął ręką; ,,Niech się dzieje co chce, nie ruszę się stąd dopóki nie dowiem się co z Basią” – powiedział do siebie półgłosem.

 

Po chwili lekarka wyszła do niego z gabinetu.

- Panie Adasiu ( znali go już chyba wszyscy lekarze w miasteczku z powodu chorowitości wnuczki ) – sytuacja chyba opanowana. Podaliśmy zastrzyk rozkurczowy, oddech się wyrównał, udało się uniknąć intubacji. Ale nadal nie potrafię zrozumieć, dlaczego Basia tak gwałtownie reaguje na przeziębienie. To chyba nie jest tak do końca główny powód. Czy ma Pan prawną opiekę nad wnuczką? – Zapytała - bo dam Panu zaświadczenie do pracy.

- Nie mam – znowu uświadomił sobie, ze wciąż coś było ważniejsze niż rozstrzygnięcie sytuacji prawnej wychowywanego dziecka.

 

Rozmawiał, co prawda z jakimś prawnikiem, ale rozmowa była luźna i na samą myśl o liczbie koniecznych formalności, złapał się za głowę. Zwłaszcza, że na początek należało założyć sprawę o pozbawienie rodziców praw rodzicielskich, aby móc sprawować opiekę nad małą.

Nie chciał tego robić ze względu na Nusię. Chociaż doskonale wiedział, że ten moment w końcu musi nadejść.

Te przemyślenia przekonały go, że nadszedł czas, aby wreszcie uporządkować życie swoje, żony i tej małej istotki.

Znowu odruchowo podniósł głowę do góry, obiecując sobie w myślach, że sentymenty przestaną być jego doradcą.

 

- Panie Adamie niech pan wraca do domu – lekarka widziała, że Adam, z trudnością ukrywa wyczerpanie.

- Nie ma mowy, ona bardzo się boi obcych ludzi, jak straci mnie z oczu duszności wrócą. Nie mogę. Poczekam jak się ocknie.

- Ale to może potrwać, podaliśmy w zastrzyku lek uspakajający, będzie spała, bo jest bardzo wyczerpana niedotlenieniem.

- Nieważne – jak się obudzi musi mnie zobaczyć, bo będziecie mieli powtórkę.

- Rozumiem, że sytuacje lękowe u wnuczki też powodują reakcje duszności ? – Lekarka jakby chciała się utwierdzić w usłyszanych słowach.

- Tak, w pewnym sensie tak….. Ale to nie jedyny powód.

- Czy zdarzyło się że czegoś się na przykład przestraszyła ?

- Nie przypominam sobie. Ale ona boi się wielu rzeczy……. Pędzącego pociągu, wysokich hal, na przykład na dworcu kolejowym chowa głowę w mój płaszcz. Tak jakby bała się przestrzeni.

- Czy często przytula ją ktoś ? – Lekarka zaczęła ostrożnie stawiać pytania.

- Jak wracam z pracy zawsze biorę ją na kolana i opowiadamy sobie o minionym dniu.

- A żona ?

- ……… myślę, że tak….. – Nie wiedział co powiedzieć, nie chciał postawić Nusi w złym świetle. Zresztą nie ma mnie wtedy w domu. – Zakończył pewniejszym głosem.

- Mam wrażenie, że Basia w ten dziwny sposób okazuje pewne objawy choroby sierocej. Większość dzieci kiwa się, kołysze, na przykład w domach dziecka. U niej natomiast pojawia się lęk przed przestrzenią, pustką. A organizm na lęk reaguje dusznością. Potęguje to jeszcze jej dziwna skłonność do łapania, wszelkich przeziębień. Ma bardzo podatny organizm. Osłabienie odporności, to też cecha sierot.

- Ale przecież ona nie jest sierotą !!! – Adama aż podniosło z ławki z oburzenia

- Panie Adamie, nic takiego nie miałam na myśli, przepraszam za złe sformułowanie. Basia po prostu czuje więcej niż inne dzieci, ona jakby ,,wiedziała”, że matka ją odrzuciła. To zakodowało się w jej podświadomości i ona się broni, jak umie.

- To co ja mogę zrobić? – Nawet nie zauważył, że nie zadał pytania w imieniu swoim i żony. Nie uszło to uwagi lekarki.

- Trzeba ją kochać z całych sił, może uda się przekonać jej podświadomość, że jest bardzo ważna dla was.

- A co my robimy ? Staramy się jak umiemy. – Adam z całych sił starał się przekonać i siebie i swoją rozmówczynię.

- Nie wątpię, ale na pewne sytuacje nie mamy wpływu, trzeba tylko ufać, że Basia poczuje się bezpieczna.

- A jak nie ?

- To będzie cierpieć w środku i poniesie ten bagaż w dorosłość.

- Mówi to pani z taką pewnością, jakby tak musiało być……….

- Bo na razie nie wynaleziono panie Adamie lekarstwa na brak miłości. – Zawiesiła głos, by po chwili dodać – zajrzę do sali, jak Basia się czuje, jak pan chce możemy pójść tam razem.

- Dziękuję, zwłaszcza za wyrozumiałość.

- Niektórzy potrafią kochać za dwoje, troje……….- Ściszyła głos, licząc na to że odgłos kroków, zagłuszy końcówkę zdania.

 

Weszli do sali. Na łóżeczku, spała spocona dziewczynka, oddychając tlenem podawanym z prowizorycznej dmuchawki skierowanej na twarz dziewczynki, maska mogła ją przestraszyć. Drugi wężyk podawał opary inhalacji z jakiegoś urządzenia. Rączka unieruchomiona jakimś paskiem miała podłączoną kroplówkę.

Cały widok był jak z koszmarnego snu. Adam aż wstrząsnął się jakby mu się naraz zrobiło przeraźliwie zimno.

 

- Niech się pan zdrzemnie, położę panu koc na łóżku obok. – Lekarka widziała, że nic i nikt nie będzie w stanie oderwać Dziadka od łóżka dziecka. Nawet nie próbowała.

- Dziękuję.

- Gdyby coś się działo…… - zawiesiła głos

- Nie ma obaw, nauczyłem się już słuchać ją nawet gdy śpię – Adam uspokoił lekarkę, że ma już doświadczenie i można na niego liczyć.

- W takim razie do rana, jak będzie spokojnie nie będę robić w tej sali obchodu. Sen jest wam obojgu bardzo potrzebny.

 

….DLACZEGO BOISZ SIĘ BASIU ??

 

- przecież pociąg jest daleko, chciałem zrobić ci ładne zdjęcie ….. – Adam tłumaczył roztrzęsionej dziewczynce, że przecież nic złego ją nie spotka ze strony stalowego smoka, który w dużej odległości przemierzał świat na szynach.

- ……bbbbo to tak głośno….. – Basia nie potrafiła spokojnie wyjaśnić swojego lęku.

Bardziej niż jej strachu, Adam bał się konsekwencji. Basia miała taką dziwną cechę odreagowywania złych doświadczeń w późniejszym czasie, nawet po upływie jednego, a nawet dwóch dni.

 

Byli po kolejnej przeprowadzce…. Znowu wynajęte jakieś mieszkanie w baraku, bo na lepsze nie było ich nigdy stać.

Od jakiegoś czasu Adam nie mógł sobie poradzić z rzeczywistością, praca nie dawała wystarczającej ilości środków na utrzymanie rodziny. Nusia czasem coś komuś uszyła, alimenty od ojca małej były bardziej niż symboliczne, Anka czasem przysłała jakąś widokówkę – pozdrowienia dla wszystkich ….. Kompletnie nie przejmowała się, że JEJ dziecko żyje, ma jakieś potrzeby, rośnie … A o tym że choruje też pewnie nie wiedziała, bo w ogóle nie pytała o dziecko. Co prawda udało się przeprowadzić proces odebrania matce praw rodzicielskich, ale nie miało to żadnych konsekwencji finansowych, poza dodatkiem rodzinnym i możliwością otrzymywania paczki gwiazdkowej w zakładzie pracy Adama, czyli w stoczni.

Zbliżał się nieuchronnie czas wysłania Basi do szkoły. Co prawda tylko do klasy przygotowawczej ( dzisiaj nazywanej zerówką ), ale wyposażenie takiego malucha też wymagało jakiś nakładów.

Nusia chodziła do zakładu krawieckiego do pomocy, dzięki temu dostawała jakieś pieniądze, ale mogła też z resztek uszyć dziewczynce jakiś ładny ciuszek.

Basia dzięki zdolności babcinych rąk, miała ubranka oryginalne, często przerabiane z podarowanych jej ubrań od życzliwych znajomych. Nie lubiła tylko grubych wełnianych rajstop, bo jak mówiła - ,,gryzą” ją w nóżki i robiła wszystko żeby ich nie zakładać, albo wynegocjować założenie bawełnianych. To z kolei nie odpowiadało babuni, bo brzydko się układały na nóżkach i miały szare kolory. W efekcie zawsze rano była ,,wojna”, z groźbami, krzykiem i kolejnymi duszącymi kaszlami, nazywanymi przez Babunie ,,idiotyczną histerią”.

W końcu dziadzio doszedł do wniosku że ma dosyć tego wszystkiego, przyniósł skądś ładny granatowy materiał ( później się okazało, że to był zwykły drelich z gatunku kwasoodpornych, stąd jego połyskliwy granatowy kolor), i Babunia niezadowolona z takiego obrotu sprawy ( dziewczynka powinna nosić sukienki ), uszyła Basi kilka par spodni.

Jakaż to była radość !!! Można było wreszcie założyć pod spód ,,szare bawełniaki” bo i tak nie było ich widać a swoboda poruszania się pozwalała włazić na wszystko co choć trochę było oddalone od powierzchni ziemi.

 Wszystkie płoty, drzewa, murki i inne przeszkody przestały być poza zasięgiem Basinych nóżek i rączek. Nieważne, że po powrocie do domu w warkoczu sięgającym poniżej pasa  można było znaleźć cały okoliczny zielnik ( najtrudniej było wydłubywać z włosów ,,rzepy” czyli łopianowe kulki ).

Zawsze taka ,,operacja” odbywała się przy akompaniamencie babcinych ,,pogróżek”, że następnym razem nożyczki pójdą w ruch i ,,poobcinam te kudły razem z tym paskudztwem”.

Na szczęście Dziadzio spokojnie wyjmował Babuni grzebień i szczotkę, gdy widział, że jeszcze moment a groźba może się spełnić, i kończył wyczesywanie zielska, rozplątywał pasma jasnych jak len loków, zaplatał warkocz - ,,aby w nocy się nie poplątały” i na pocieszenie łez płynących z wielkich niebieskich oczu robił kakaowy kogel – mogel.

Gorzej po takich wybrykach wyglądały spodnie. Materiał był co prawda drelichowy i kwasoodporny, ale nie był ,,druto… ani drzewo – odporny, a już na pewno nie był cemento -  odporny.

Basia zawsze wracała do domu z nowym powodem do brania spodni w ręce i zastanawiania się, jak tym razem zaszyć lub załatać dziurę – czy wystarczy zwykła igła ręczna czy raczej będzie to ,,remont kapitalny” na maszynie do szycia - włącznie ze wstawieniem pokaźnego fragmentu materiału.

Ostatnio jednak sen z oczu Dziadzia spędzał temat wyprawki do szkoły. Na szczęście w pierwszej klasie wymogi nie były zbyt duże i Basia pomaszerowała z  tekturowym tornistrem, w połyskliwym czarnym fartuszku zapinanym na plecach, w ,,juniorkach” i z Elementarzem Falskiego, ułożonym równiutko wśród zeszytów i drewnianego piórnika.

Niestety przyzwyczajona dotychczas do towarzystwa dwojga dorosłych ludzi i trzech dużo starszych od siebie chłopców ( synów gospodarzy), nie potrafiła znaleźć wspólnego języka z rówieśnikami. Nie było to łatwe tym bardziej, że Basia w szkole po prosty śmiertelnie się nudziła. Nikt z koleżanek i kolegów nie potrafił płynnie czytać, a Basia była już na etapie ,,Dzieci z Bullerbyn”, nikt też nie umiał grać w szachy, a żadna dziewczynka nie umiała szydełkować przeróżnych ubranek dla swoich lalek. Basia więc coraz częściej miała ochotę uciec do domu, do tych, którzy potrafią więcej od niej albo przynajmniej tyle samo.

Wrzesień i październik przeszedł spokojnie, chociaż coraz częściej Dziadzio wracał ze stoczni do domu z bardzo poważnym wyrazem twarzy i półgłosem naradzali się z Babunią w kuchni. Basia nic z tych rozmów nie słyszała, czuła tylko że dzieje się coś niedobrego, coś ,,wisi” w powietrzu.

Grudzień przyniósł ze sobą burzę zdarzeń, które w konsekwencji doprowadziły do tego, że którejś nocy, obcy mężczyźni w środku nocy przyjechali jakimś ciężarowym samochodem i w błyskawicznym tempie wynieśli cały dobytek na przyczepę. Basia rozespana i przerażona dała się bez słowa ubrać w kilka warstw odzieży. Wsiedli do jakiegoś samochodu osobowego i razem z synem gospodarzy pojechali do Gdańska.

Droga dłużyła się niemiłosiernie, bo w samochodzie panowało milczenie, aż do celu podróży. Kierowca wysadził ich już w samym centrum miasta. Resztę drogi musieli przejść pieszo. Musiało być bardzo wcześnie bo na dworze było dosyć szaro, a wokół kłębił się gryzący dym. Poruszali się szybko, co chwilę przystając w cieniu bram kamienic na Długim Targu. Z przodu szedł jakiś obcy pan, w środku Babunia i Basia a z tyłu Janek – syn gospodarzy od których w taki dziwny sposób się właśnie wyprowadzili. Dziadzia nie było i Basia ciągle rozglądała się wokoło, licząc że jest gdzieś w pobliżu.

Niestety nie było i przerażenie dziewczynki potęgowało się z każdą chwilą. Gdzieś w oddali słychać było dziwne trzaski, kilka z nich nawet bardzo blisko. Po tych najbliższych Basia usłyszała krzyk Babuni, a potem – gdy chciała się obejrzeć za siebie, Babunia siłą skierowała jej głowę do przodu i popchnęła, aby przyspieszyć kroku. Do dworca dotarli niebawem i po przejściu kilku torów, z pomocą kolejarzy weszli do wagonu towarowego. W półmroku Basia rozpoznała znajome kształty. Były to fragmenty sprzętów domowych, i ogromna ilość pudeł.

Dziadzia dalej nie było, a na pytanie ,,gdzie jest Janek ?” nie usłyszała żadnej odpowiedzi, tylko Babunia odwróciła głowę i jakoś tak dziwnie ni to załkała ni to westchnęła.

Drzwi wagonu zostały zsunięte, Babunia wyciągnęła jakiś chleb i butelkę z herbatą ( była letnia) i zjadły coś w rodzaju śniadania. Długo trwało, zanim ciężkie wagonowe drzwi znów się odsunęły i NARESZCIE Basia zobaczyła Dziadzia.  

Wdrapał się do wagonu i przytulił je obie do siebie, jakoś tak mocniej niż zawsze, na dodatek bez słowa. Milcząc wziął chleb i butelkę z herbatą, zjadł to co zostało a potem na tapczanie z pierzyn wymościł legowisko i położył dziewczynkę, prosząc by spróbowała zasnąć, bo jak powiedział - ,,czeka nas długa droga”.

 Gdy się obudziła, było znowu ciemno, ale pociąg jechał. Babunia spała obok, a na kartonach siedział Dziadzio i przez lekko uchylone drzwi wagonu patrzył na mijany krajobraz.

- Gdzie jedziemy? – Basia trzymając się po drodze zawartości wagonu dotarła do Dziadka.

- Daleko. Będziesz miała nowe koleżanki, pójdziesz do nowej szkoły…. – Adam w taki sposób chciał uspokoić wnuczkę i odwrócić jej uwagę od niezwykłości sytuacji.  

- A czemu musimy tam jechać ?

- Bo chciałem znaleźć dla nas lepszy dom, w ładniejszym miejscu…. Spodoba ci się – zapewnił.

- Aha ! A kiedy tam będziemy ? – Basia zaczęła cykl dociekliwego poszukiwania informacji.

- Za kilka godzin. Napewno zdążysz jeszcze trochę pospać.

- Dziadziu, mnie wcale nie chce się spać.

- Zauważyłem. W takim razie poszukamy coś do jedzenia. Babcia na pewno zdążyła coś jeszcze przygotować.

- Uhmm, tylko gdzie mam szukać ?

Na szczęście udało się dosyć szybko znaleźć torbę z jedzeniem i znowu posiłek, odwrócił uwagę dziecka od rzeczywistej sytuacji. Nusia też przebudziła się i w milczeniu dołączyła do nietypowej uczty, wśród kartonów i rozmontowanych na elementy mebli.

Dopiero wiele lat później dowiedziała się, że Adam uniknął aresztowania, a może nawet czegoś gorszego i ocalił siebie i rodzinę od niechybnego nieszczęścia. W 1970 roku, w stoczni działy się bardzo ważne, historycznie, rzeczy, w które wplątany był także on. Ta ucieczka, to była ostatnia chwila, dzięki której mógł być nadal z żoną i wnuczką.

 

NOWE MIEJSCE

 

Tak w ogóle, to na wsi jest jakoś inaczej. Po podwórku biegają kury, kaczki, na łańcuchu szczerzy zębiska jakiś ujadający kundel, a dzieci, z domu w którym zamieszkali, patrzą na dziewczynkę z jakąś rezerwą. Basia też nie jest skora do zawiązywania bliższych relacji z dziewczynkami. Po pierwsze – dlatego, że to dziewczynki, a po drugie – z powodu ich zachowania. Nie kwapią się do wspólnej zabawy, coś szepcą między sobą, maja jakieś swoje tajemnice……

- Nie to nie !

Basia wychodzi więc na podwórko sama, trochę pohuśta się na huśtawce zrobionej z deski na dwóch sznurach zawieszonej na ogromnym drzewie w rogu podwórka. A kiedy nikt nie zwraca na nią uwagi, po cichutku, bokiem wzdłuż płotu, wymyka się za stodołę i już jest w lesie.

Tutaj jest tak tajemniczo, cicho, słychać tylko ptaki wysoko wśród gałęzi drzew, kroki są cichutkie w grubej warstwie igliwia. Można usiąść na ziemi, albo na jakimś powalonym drzewie i zasłuchać się w odgłosy lasu.. Gdzieś z daleka porykują krowy na pastwisku, w domostwach szczekają psy, pewnie tak samo uwiązane jak Azor, przy budach, na zgrzytających łańcuchach.

 Często przychodzą tutaj razem, z Dziadziem i zbierają szyszki do worków, aby było czym napalić w piecu, zbierają też chrust i powalone gałęzie

Dziewczynka usiadła na powalonym konarze drzewa, rozmyślając nad dziwnością świata, w jakim przyszło jej żyć. Po co właściwie tu przyjechali, dlaczego teraz jest tak mało wszystkiego co jest potrzebne. Gdyby nie zdolności dziadzia do ,,wyczarowywania znikąd” niezbędnych do życia pieniędzy, pewnie w ogóle nie mieliby co jeść. Babunia też stara się, jak może; poprawia i szyje ubrania, pościel, zasłony, czasem worki….. Basia wyrosła już ze wszystkiego co było do tej pory kupione a na nowe nie ma skąd wziąć pieniędzy. Ludzie na wsi też mniej chętnie dają coś po swoich dzieciach, bo tutaj donasza się odzież i buty aż do zdarcia. Na wiosnę ma być komunia, a Basia nawet nie wie czy będzie miała sukienkę.

- Ale Dziadzio na pewno coś wymyśli – w duchu pociesza się dziewczynka – przecież on wszystko potrafi.

Z zamyślenia wyrywa ją wołanie.

- Aha, chyba obiad. Znowu placki i herbata z lipy. Żeby tak jakiś kawałek kury, a może jajko……..

Obok za ścianą ich mieszkania, słychać często śmiech sąsiadek – to trzy siostry; Iwona, Hania i Marzenka. Ich tata pracuje na kolei, mama jest w domu. Na parterze mieszkają ich dziadkowie. Basia z Dziadkami zajmuje pokój z kuchnią obok. Meble przywiezione wagonie zmieściły się w małej klitce. W kuchni, przez którą przechodzi się do pokoju stoi tylko stół i kredens, oraz stojak z miską i dwa wiadra z wodą.

Tam za ścianą są ładne meble, kuchnia i pokoje są duże a w największym z nich stoi pudło podobne do radia tylko że widać w nim obrazy, to telewizor.

Wieczorem Pani Zosia zaprasza Basię na dobranockę, ale dziewczynka niechętnie wychodzi z domu. Woli swoje książeczki, a przede wszystkim woli grać z Dziadziem w szachy.

 Bo wieczorem Babunia idzie za ścianę do Pani Zosi, a Dziadzio wraca do domu i mogą się wreszcie sobą nacieszyć.

Dziadek pięknie opowiada o tym co robił cały dzień.

A robi różne rzeczy; a to u kogoś rąbał drzewo, a to pomagał przy świniobiciu, a to znowu wziął z domu maszynę do pisania i cały dzień siedział u jakiegoś gospodarza i pisał ludziom różne ważne pisma do urzędów.

 Dziadek zna się na wielu sprawach i potrafi zrobić bardzo wiele.

A jak pięknie opowiada o ziołach i roślinach, ptakach drzewach i w ogóle o wszystkim co jest na tym dziwnym wiejskim świecie. Można słuchać godzinami i wcale nie tęskni się do telewizyjnych audycji.

 

         Szkoła to osobny rozdział w życiu wnuczki Adama. Co prawda jest niedaleko od ich domu, ale aby do niej dotrzeć trzeba przejść przez odcinek drogi dosyć niebezpieczny jak na dziecko od kilkunastu tygodni mieszkające w nieznanej sobie okolicy. Więc dzieci w klasie znalazły powód aby wyśmiewać się z niej, że codziennie jest odprowadzana i odbierana po lekcjach.

Nie czuje się z tym szczęśliwa. Tym bardziej że i tak ma tysiąc innych powodów, aby czuć się odmieńcem; tornister jest poniszczony, połatany przez Adama łatkami z dermy przyszytymi dratwą, fartuszek nie jest tak jak u innych dzieci jasnoniebieski tylko czarny, zeszyty i książki poobkładane są papierem, a nie w kolorowych plastikowych okładkach….. Dużo by wymieniać powodów, dla których mała ma coraz mniej ochoty na chodzenie do szkoły.

 Na szczęście pani w klasie stara się jak może podkreślać zdolności Basi. Często więc dziewczynka czyta jako pierwsza teksty z książki, robi to nad wyraz płynnie z doskonałą dykcją.

Też, często proszona jest o pisanie na tablicy, ma bardzo ładny charakter pisma. Dziadek ćwiczy w domu regularnie z nią, zwłaszcza pisanie stalówką zanurzoną w zielonym atramencie.

 

NIEZWYKŁE WYDARZENIA

 

Rano w niedzielę, gdy wszyscy szli do kościoła przez wioskę przejeżdżały dziwne wozy z białymi budami. Było ich kilka. Przejechały i według wieści roznoszących się po wsi stanęły pod lasem. Basia dostała kategoryczny zakaz oddalania się z domu. Ale na szczęście Dziadek, po południu wziął Basię ze sobą i poszli obejrzeć dziwnych przybyszów.

Okazało się, że cyganie rozlokowali się już na dobre a Dziadek, ku zdumieniu małej towarzyszki wspólnego spaceru, rozmawia z nimi jakimś dziwnym językiem. Okazało się, że Adam zna trochę język cyganów i zaraz zostali gościnnie zaproszeni do środka kręgu stojących wozów.

Małe dzieci, o bardzo ciemnych włosach, ukradkiem zachodząc z tyłu, dotykają warkocza dziewczynki. Podziw budził jego kolor, rzadko kiedy można było zobaczyć tak jasne włosy u dziecka, prawie białe. Babunia jeszcze do dziś płukała jej włosy rumiankiem, zbieranym przez dziadka na łąkach.

Kiedy usiedli na postawionych też w krąg, jak wozy, ławkach z drewna, zostali poczęstowani gorącą zupą w miseczkach, w których oprócz warzyw pływały kawałki mięsa.

Potem Adam odesłał Basię do dzieci, aby się pobawiła, a sam zaczął rozmawiać w tym dziwnym języku z mężczyznami.

O dziwo, bardzo szybko udało jej się rozpocząć wspólna zabawę z dziećmi z obozowiska. Starsi chłopcy na wyścigi przynosili jej różne przedmioty. Czasem były to zabawki zrobione z drewna, czasem jakieś zrobione ręcznie bransoletki, lub koraliki, a dziewczynki przebrały ja w spódnicę do samej ziemi, rozpuściły jej włosy i zaczęły uczyć tańczyć…. Nawet spodobało jej się tam, do tego stopnia, że gdy przyszłą pora wracać, niechętnie przebrała się w te rzeczy w których przyszła. Na szczęście Adam obiecał dziecku, ze jutro po szkole będzie mogła tu przyjść znowu.

 

Tak zaczął się w ich życiu czas obfitszych obiadów, częstszych nieobecności Dziadzia w domu ( jeździł z cyganami po okolicy, ,,bieląc”, kadzie, kotły, i inne urządzenia, których renowacje znali jedynie ci dziwni ludzie i…. O dziwo – jej dziadek), a dla Basi nastał czas zabawy wśród dzieci, które nie traktowały jej jak odmieńca, chociaż miałyby do tego o wiele więcej powodów.

 

Wioskowe dzieciaki, zbliżyły się do Basi, bo ona mogła tam chodzić, a im rodzice zabraniali ( zabobon mówiący o porywaniu dzieci przez cyganów, dotychczas istniał wśród lokalnej społeczności). Tak z odrzuconej na początku, stała się ,,gwiazdą” wśród rówieśników. Na wyścigi wypytywały ją o wszystko co tam mogła oglądać.

Z początku nieufnie, ale potem coraz barwniej zaczęła opowiadać im o chwilach spędzanych wśród dziwnych ludzi o ciemnej skórze i włosach.

Nie miała jednak na to zbyt wiele czasu bo obóz wkrótce miał się zwinąć, chciała więc jeszcze nacieszyć się nowo poznanymi przyjaciółmi. Ale obiecała sąsiedzkim dzieciakom, że na pewno o wszystkim im opowie, jak tylko będzie dłużej w domu.

Zresztą zbliżał się czas komunii świętej i dodatkowo chodziła z Dziadziem na plebanię do przymiarki. Gospodyni księdza szyła jej przepiękna suknię, długą, jak te cygańskie, z lśniącego atłasowym wzorem białego materiału.

Co prawda mogła tę suknię uszyć Babunia, ale Pani gospodyni chciała aby prezent był pełny, to znaczy gotowa sukienka, wianek z mirtu z powplatanymi konwaliami, i zrobiona na szydełku śliczna torebka. Ksiądz z miasta przywiózł jej świecę, książeczkę w mięciutkiej białej okładce i różaniec – co prawda nie biały, ale miał lśniące brązowe koraliki i malutki krzyżyk z figurką Pana Jezusa.

 Mówił, że to włoski, z Rzymu, tam gdzie mieszka Ojciec święty.

Ksiądz był zresztą wspaniały, miał w kieszeniach sutanny zawsze pełno cukierków, na religii zabierał dzieci na spacery do lasu i opowiadał im o aniołach, Panu Jezusie i świętych, jednocześnie pokazując im uroki okolicy. Tak samo jak Dziadzio, i chyba dlatego Basia bardzo polubiła księdza Lucjana.

Najdziwniejsze, że Dziadzio też dogadywał się z księdzem, chociaż z reguły szło mu to opornie z innymi kapłanami. Widocznie też umiał dostrzec różnicę między ludźmi w kościele.

 

Wozy spod lasu odjechały, Dziadek zapełnił spiżarnię na dłuższy czas, sukienka była gotowa i wielkimi krokami zbliżał się czas wakacji.

Komunia odbyła się w atmosferze uroczystej doniosłości, a Babunia upiekła nawet tort kawowy, którego obecność na stole oznaczała, że w domu obchodzone jest wyjątkowe święto.

Niestety, o prezentach podobnych, do tych jakie dostali inni z Basinej klasy, mogła ona tylko pomarzyć. Dlatego po powrocie z kościoła we trojkę usiedli przy okrągłym stole, zjedli uroczysty obiad z wspaniałym tortem na deser i wspólnie poszli na spacer.

Dziadzio nie mógł nawet zrobić Basi zdjęć z tych pięknych chwil, bo pół roku wcześniej, gdy bieda zajrzała do ich rodziny – sprzedał aparat, aby można było kupić Basi buty na zimę i ciepłą kurtkę.

 

Na spacerze dowiedziała się, że jak tylko skończy się rok szkolny, pojada do innego miasteczka, bo Dziadziowi udało się znaleźć prace w odległej fabryce.

W takim dniu to była trochę smutna wiadomość, ale chyba nie zdążyła się za bardzo przyzwyczaić do miejsca, więc raczej z zaciekawieniem zaczęła wypytywać o to wszystko, co mogło ją tam czekać.

 

I ZNOWU W NOWYM MIEJSCU……

 

Na początek zaczęło się fatalnie. Najpierw zachorowała Babunia i Dziadzio chcąc utrzymać pracę, a nie znając nikogo w nowym miejscu, musiał coś zrobić aby podczas pobytu żony w szpitalu, ktoś zajął się dzieckiem.

Stanęło więc na tym, że dziewczynka na dni powszednie będzie przebywać tymczasowo w pobliskim domu dziecka, a na niedziele będzie wracać do domu. Dziadek z całych sił obiecał jej, że nie potrwa to zbyt długo, Babunia na pewno wyzdrowieje i jak tylko będzie w domu, silniejsza – to koszmar życia w ,,bidulu” skończy się.

 Dotrzymał słowa i już na ,,gwiazdkę”, Basia wróciła do domu na stałe. Musiała dopiero teraz poznać nową szkołę. Całe wakacje i prawie cztery miesiące szkoły mieszkała w miejscu z najgorszych sennych koszmarów.

Na długo zapamiętała, dokuczanie dzieci, które zazdrościły jej że ona może co tydzień jechać do domu i ktoś ją zabiera. A w domu musiała znosić docinki miejscowych, ze ,,sierota” i ,,podrzutek” z bidula, i pewnie ten ,,stary chce ją adoptować, więc na próbę przywozi ją na niedziele do domu”.

Na nic zdały się jej we łzach gorące zapewnienia, że mieszka z nim i Babunią od zawsze i tylko na chwilę jest ,,tam”.

Dzieci wiedziały tylko to, że ani w wakacje, ani w roku szkolnym ona nie mieszka z tym siwym panem, a jego żona gdzieś wyjechała ( ,,pewnie go zostawiła&rdquoWink.

Kres plotkom położył dopiero fakt, gdy i babunia wróciła do domu i po kilkunastu dniach Basia zamieszkała wraz z nimi i poszła do kolejnej ( czwartej w jej krótkim 10 – letnim życiu ) szkoły.

 

Znowu tak samo, nowe miejsce, nowe dzieci, ale Basia była już trochę starsza, można powiedzieć, że miała więcej doświadczenia ( może niekoniecznie dobrego), i więcej wiedzy o ludziach z różnych miejsc. Powoli tworzyła swój własny świat wewnętrzny. Składał się z nieodzownej obecności Dziadka w jej życiu, i książek, książek i jeszcze raz książek…..

W ten wypracowany spokój wkradły się niespodziewane wieści ……

Pojawiła się z nikąd pani, z wyglądu przypominająca kobietę ze zdjęć w szarym pudełku z szafy. Przyjechała niespodziewanie, pachnąca mocno perfumami ,,Być może” i dymem tytoniowym. Ten zapach znała Basia ze środowiska Dziadka znajomych. Palili zwykle mężczyźni. A tu kobieta, co chwilę zapalająca nowego papierosa, siedząca przy stole i żywo opowiadająca o jakimś mieszkaniu w bloku, jej nowym mężu, dużym mieście i jeszcze innych zagadkowych sprawach.

Dziadek słuchał w milczeniu. Jego żona ostatnio coraz bardziej podupadała na zdrowiu, traciła wzrok i pootwierały się jej na nodze paskudne krwawiące rany. On miał jeszcze kilkanaście miesięcy do uzyskania emerytury i bardzo starał się aby, w pracy wszystko było, jak najlepiej. Tym bardziej, że cały czas bał się o swoją polityczną przeszłość. Propozycje ,,marnotrawnej córki” brzmiały dosyć rozsądnie, ale postanowił jeszcze poczekać.

Niech Basia skończy czwartą klasę – powiedział - pobędzie na wakacjach jeszcze z nimi a potem się zobaczy. Nie ma pośpiechu. Dopiero co nawiązała jakieś przyjaźnie i nie chciał jej znowu fundować kolejnych przenosin. Zresztą Anka była świeżo po stracie dziecka, które urodziło się z wadą serca, zmarło po kilkunastu dniach i lepiej niech pozbiera się po tym, zanim zdecyduje się na wzięcie córki do siebie. Mówiła ona, co prawda, że mogą im odebrać szanse mieszkania w 2-pokojowym mieszkaniu, bo są bezdzietni, a tylko rodzinie z dzieckiem przysługuje służbowe mieszkanie 2 – pokojowe.

Więc Dziadek przystał na to, aby powiedziała w tym ich urzędzie, że ma córkę z poprzedniego małżeństwa i zanim Basia tam pojedzie, to nie każą im się przeprowadzać.

 

ZNOWU NOWE MIEJSCE ????

 

Czwarta klasa minęła, jak z bata strzelił, koleżanki i koledzy już marzyli o wakacjach, Pani mówiła na akademii zakończenia roku szkolnego, że będzie z utęsknieniem czekać na swoją klasę, ale Basia już wiedziała, że raczej jej te słowa już nie dotyczą.

Co prawa kusiła ją ciekawość, za nieznanym, ale z drugiej strony, bała się tej obcej kobiety i jej męża o którym doskonale wiedziała, że nie jest jej ojcem. Obiecała jednak dziadkom, że bardzo się postara, aby jak najlepiej porozumieć się ze swoją nową rodziną.

Widziała, jak wiele wyrzeczeń kosztuje ich ,,trzymanie fasonu”, Babcia traciła wzrok, coraz bardziej cierpiała z powodu pootwieranych ran na nodze, Dziadek ze zniecierpliwieniem czekał na upragnioną emeryturę, aby się zająć nią, domem i jej osoba w tym wszystkim była już powoli ciężarem.

Ona dorastała, miała kilka koleżanek, z którymi chciała czasem pobyć na ławce, przed domem, a do domu nie mogła ich zaprosić, bo nikt nie zrozumiałby sytuacji ,,choroby w domu”.

Zresztą znowu mieszkali tylko w jednym pokoju z kuchnią, do tego pokoju wchodziło się wprost z korytarza i zaraz naprzeciwko drzwi stał tapczan na którym coraz częściej Babunia leżała całymi dniami, nie mając siły aby wstać do prostych domowych zajęć. Basi kącik była tylko pomiędzy rozkładanym fotelem a szafa, tam miała swój karton z szpargałami – jak mawiała Babunia – i nawet nie byłoby gdzie pobawić się z przyjaciółką Alą, czy kolegami, których , jak zwykle miała więcej. Ala też była taka trochę bardziej chłopięca, i dzieki temu łatwiej się dogadywały.

W połowie czwartej klasy Alę napadł rój pszczół i Basia truchlała ze strachu przez kilka dni zanim nie dowiedziała się, że już jest lepiej i Ala niedługo wróci do szkoły.

Niestety pod koniec roku było już pewne, że Basia znowu będzie musiała się przenieść, tym razem bez Dziadków.

 

         ,,ZIMNY DOM” W DUŻYM MIEŚCIE.

 

To osiedle chyba niedawno rozpoczęli tworzyć. Co prawda w pobliżu stały bloki o starszym wyglądzie, ale tam gdzie szła dziewczynka, było błoto, szare cementowe płyty leżały tu i ówdzie a bloki miały właśnie taki sam szary kolor.

Weszli na ostatnie, czwarte piętro. Po lewej stronie - bliźniaczo podobne do wszystkich mijanych - drzwi z numerem 13.

- ,,pechowa 13 – stka „ – pomyślała dziewczynka.

Kobieta przycisnęła włącznik dzwonka i za drzwiami rozległ się terkoczący dźwięk. Szuranie kilku kroków i drzwi otworzył ciemnowłosy mężczyzna w zielonym dresie.

Te ciemne włosy to była raczej przesada. Po pierwsze czoło ,,podnosiło mu się” sukcesywnie do góry – czyli miał głęboko zakrojone zakola nad krzaczastymi brwiami i poniżej zawieszonym haczykowatym nosem. Po otwarciu drzwi obrócił się plecami i wrócił w głąb mieszkania. Kompletnie zignorował przybyszów.

Weszły do środka. Kobieta skierowała swoje kroki na wprost do drzwi znajdujących się naprzeciwko wejścia. Miały połowę przeszkloną z ornamentową szybą. Basia zamknęła za sobą drzwi wejściowe i z ciekawością zerknęła w lewo – tam poszedł ten, który otworzył im drzwi.

Leżał teraz na tapczanie i oglądał telewizor, nie zwracał uwagi na nic poza ekranem telewizyjnym.

Basia weszła do pokoju za …….. matką.

- ,,ciekawe czy będę umiała tak do niej mówić…?” – Rozmyślała

W pokoju nie było zbyt wiele sprzętów. W głębi przy oknie z drzwiami balkonowymi stał niewielki stolik, z szarym blatem bez jakiegokolwiek obrusa, czy serwety. Przy nim stało krzesło, brązowe. Naprzeciwko drzwi stał ogromny tapczan, bez narzuty w kolorze mniej więcej brązowo – żółtym. Raczej mniej niż więcej, bo był bardzo wypłowiały. Podłoga była wyłożona płytkami PCV ….. też w szarym kolorze. W oknie nie było nawet firanki, ani tym bardziej zasłony. Na podłodze też nic nie było. Aha na sąsiedniej ścianie stała szafka, coś w rodzaju małego kredensu z dolna szafka na dwoje drzwiczek i na górze dwie półki ze szkła. Kolor ?

- ,,odrapany” – stwierdziła Basia

Pokój był zimny, bez materiałów w miejscach, gdzie zwyczajowo leżą. Bardzo Basi tego w tym momencie brakowało. U Babuni była przyzwyczajona do skromnych wnętrz, ale tu wyglądało, jak …… Nie no właściwie nawet trudno było ten stan określić. Spojrzała w górę i pod sufitem zobaczyła smętnie zwisającą na drucie żarówkę…..

- Nie mają nawet klosza ? – Zdziwiła się – a może oni w ogóle nie chcieli żeby tu była.

- Tylko po co w takim razie ona mnie tu przywiozła ? – Zastanawiała się ,,trzecia członkini” ,,rodziny”

Matka postawiła na podłodze czarny neseser w który spakowała ubrania Basi.

- choć przywitasz się z….. – Zawiesiła głos

- uhum – Basia wyszła za nią z pokoju.

Weszły do drugiego pokoju.

- Stasiu ! To jest Basia.

- skoro już przyszła, to niech będzie. – Nawet nie odwrócił głowy od telewizora.

- trzeba jej tam dać jakąś pościel – matka wyraźnie chciała męża włączyć w zakwaterowanie córki.

- to daj – raczej można się było domyśleć słów, niż usłyszeć bo brzmiało to jak odburknięcie.

- musisz wstać bo drugą kołdrę mam w tapczanie – nie dawała za wygraną

Wstał, minął je, wszedł do kuchni i zniknął za drzwiami otwartej właśnie lodówki.

Basia doszła do wniosku, że staje się świadkiem niezręcznej sytuacji i tyłem wróciła do ,,swojego” pokoju. Tam podeszła do okna i stwierdziła że ma jako dodatek ekstra – balkon. Otworzyła więc drzwi i wyszła z pokoju.

Naprzeciwko stał taki sam szary betonowy blok. W oknach były firany, w niektórych pozapalały się światła sączące się z różnego kształtu abażurów i kloszy. W niektórych oknach widać było krzątających się mieszkańców.

Oparła się o balustradę, położyła brodę na dłoniach i wpatrzyła się w te małe kolorowe okna z jakimś takim dziwnym uczuciem zazdrości. Tam za tymi firankami toczyło się codzienne , rodzinne życie…… Tylko z tamtych okien biło takie trudne do określenia ciepło……. A tutaj za jej plecami, w tym szarym pokoju z szarą podłogą z plastikowych płytek, na szarym stoliku nie było nawet lampki, która roztoczyłaby krąg żółtego światła dającego ułudę małego słoneczka. Żarówka pod sufitem musiała być bardzo mocna bo świeciła przeraźliwie białym światłem.

- ,,Chyba ,,setka”, Dziadzio by tak nie marnował prądu, oczy od niej bolą….”- Pomyślała wracając do pokoju.

Do pokoju weszła też matka niosąc pościel i powłoczki.

-Ubierz sobie, umiesz ? – właściwie brzmiało to jak stwierdzenie niż zapytanie.-  Jak chcesz jeść, to w kuchni łatwo wszystko znajdziesz.

- ,, U Babuni kolację >>się robiło dla wszystkich<<, nikt sam sobie nie szykował….- Odpowiedziała jej w myślach

- Ja jestem zmęczona, ty chyba też, jutro wszystko obgadamy. – matka rzuciła już w drzwiach.

- ,,ciekawe o czym”? ,,A jeść to mi się już odechciało” – Basia nie miała ochoty jeszcze raz tego wieczoru oglądać dziwnego faceta, który nawet nie zwrócił uwagi na jej przyjazd.

- ,, ciekawe gdzie tu jest miejsce, aby się umyć ? I w ogóle jaki jest rozkład tego mieszkania? – Zastanawiała się. - ,,Trudno jedna wycieczka na nieznany teren mi nie zaszkodzi, w końcu muszę wiedzieć, gdzie jest toaleta, w razie gdybym musiał szukać jej w nocy”

Wyszła z pokoju i dostrzegła drzwi, które po otwarciu okazały jej wnętrze łazienki.

- ,, uff ! Dobra nasza. Temat potrzeb tzw. Pierwszych mamy z głowy. Teraz , jak już opuściłam bezpieczną kryjówkę w szarej tonacji, poszukamy jakiegoś prowiantu”. – Zdecydowała.

Kolejne drzwi były otwarte i białe, wiszące szafki przy wejściu sugerowały kuchenne wnętrze. Rozejrzała się za kontaktem. Był po lewej stronie – zaświeciła więc światło.

- eeee, jednak mają firanki, bo w kuchni też wiszą. – Pocieszyła się – to tylko dla mnie nie starczyło.

Z suszarki wiszącej nad zlewozmywakiem wzięła szklankę i nalała sobie wody z kranu.

- buuułłłe. Paskudztwo – woda miała smak chloru, podobny do smaku jaki znała z Akcji Fluorowania Zębów w szkole.

- Chyba trzeba będzie ,,toto” gotować, bo na surowo jest straszne. Ciekawe czy ten smród wywietrzeje ? – zastanawiała się.

Wylała resztę do zlewu i otworzyła lodówkę.

-,,Hurra. Mleko !” – Aż podskoczyła z radości widząc butelkę ze srebrnym kapslem.  

Wzięła ją, w drugą rękę wzięła szklankę i uznała, że chyba jednak pójdzie do pokoju, jaki jej przeznaczono. W kuchni też musiałaby siedzieć sama, bo drzwi do pokoju obok były zamknięte, a nie miała jakoś chęci na towarzystwo.

Weszła do ,,szarej komnaty”, starannie zamknęła za sobą drzwi i postawiła napój na stoliku. Potem założyła powłoczki na kołdrę i poduszkę, pościeliła prześcieradło i pościel na tapczanie. Stolik przysunęła bliżej łóżka, aby mieć pod ręką mleko i szklankę. Z walizki wyjęła książkę i usiadła na łóżku. Rozejrzała się dookoła i znów sięgając do przywiezionego bagażu, wyjęła pidżamę i wyszła do łazienki. Na szczęście na stojącej łazience pralce leżał złożony w kostkę ręcznik – jedyna oznaka, ze ktoś coś dla niej przygotował ……. Chyba.

Po wieczornej toalecie wróciła do pokoju, wyjęła z torby latarkę – prezent od Dziadzia z nową baterią. Zgasiła światło, położyła się i z latarką w ręku, zaczęła czytać sobie do snu. Jednak zmęczenie wzięło górę. Odłożyła książkę i otuliła się kołdrą. Cały czas miała wrażenie że w pokoju jest jakoś dziwnie zimno………

 

NOWA SZKOŁA….. NOWI LUDZIE……

 

Szło się do niej przez ,,poligon” – teren rozległego pustkowia, przedzielonego wydeptanymi ścieżkami, biegnącymi w różnych kierunkach. Szkoła była ogromna, gdy porównało się ją z dotychczasowym środowiskiem, znanym Basi. Samych piątych klas było trzy. Do jednej z nich trafiła. Wszyscy się znali, byli z pobliskiej dzielnicy, w większości dzieci wojskowych. Reprezentowali określony standard zachowań, wartości i przyzwyczajeń.

Ale po trzech miesiącach Basia stwierdziła, że nie chce tam być i po kilku poważnych rozmowach udało jej się przekonać Matkę, by przeniosła ją do szkoły noszącej miano ,,tysiąclatki”. Nowoczesny budynek, przestronne korytarze, ale klasy dosyć kameralne i jasne, z uwagi na dużą ilość ogromnych okien.

Tutaj też były dzieci z rodzin ,,trepowskich” ale były też dzieci z innych dzielnic, co stanowiło odmianę i dawało poczucie zróżnicowania społecznego.

Trafiła do klasy z kilkumiesięcznym przesunięciem w czasie, ale dosyć szybko wtopiła się w grupę, tak przynajmniej jej się wydawało.

Zaraz znalazła ,,wspólny język” z starszymi chłopakami, z kółka fotograficznego, i z klas tzw; ,,wyrośniętych” czyli uzawodowionych. Te ostatnie gromadziły ,,repetentów”, którzy już tylko w szkole czekali na osiągnięcie pełnoletności ( były takie przypadki że w momencie ukończenia 18 lat uczeń mógł - nawet we wrześniu - opuścić mury szkoły).

 Jakoś tak lepiej dogadywała się z chłopakami i co najciekawsze - starszymi. Jakby podświadomie szukała opieki…..

Dziewczyny owszem tolerowała, ale z mniejszym powodzeniem zawierała jakieś przyjaźnie.

Nauka na początku nie sprawiała jej kłopotów, miała upodobania humanistyczne, pasjami czytała książki zarówno z biblioteki szkolnej, jak i z miejskiej, do której lubiła chodzić pomimo odległości. Potem do kompletu zapisała się do biblioteki w klubie garnizonowym i tygodniowo pochłaniała nawet 8 – 10 książek.

Dało się to zauważyć w pracach pisemnych, z pisania których poczyniła całkiem intratne zajęcie.  W zamian za pomoc w przedmiotach ścisłych potrafiła napisać na jeden temat nawet kilka wersji wypracowania, różniących się od siebie.

Matka pracowała na zmiany więc bywało, że czasem nie było jej w domu na noc. Chyba to zachęciło ojczyma do uważniejszego przyglądania się nowej lokatorce mieszkania.

Na początku jednak nawet nie potrafił szczerze powiedzieć swoim dalszym krewnym, że pojął za żonę kobietę z ,,przychówkiem”.

Doszło do paradoksalnej sytuacji, gdy przyjechała jedna z jego sióstr i na czas odwiedzin ,,wyprowadzono” Basię z domu do sąsiadki na niższe piętro, wyraźnie zakazując jej pokazywania się w domu.

Oczywiście podstęp wyszedł na jaw i rozpętała się z tego powodu dzika awantura, z trzaśnięciem drzwiami przez gościa na koniec i pospiesznym wyjazdem. Z krzyków na górze można było wyłowić słowa potępiające zachowanie obojga małżonków i siostra ojczyma śmiertelnie obrażona wyjechała.

Potem to już było tylko gorzej…….

Któregoś wieczoru, ojczym zaczął się bardzo dziwnie zachowywać……. Matki nie było w domu i Basia siedziała na wersalce oglądając telewizor. Ojczym siedział obok, w pewnej chwili objął ją i przyciągnął do siebie. Odruchowo odsunęła się sztywniejąc, bo czuła zapach piwa.

 Okazała się jednak za słaba i poczuła jego oddech na swojej szyi. Jego ręce zrobiły się wyjątkowo ,,aktywne".Niecierpliwymi dłońmi już sięgał pod bluzkę, Poczuła jego ciężar na sobie Nie maiła zbyt dużo siły Ona miała tylko niecałe 12 lat On był dużym ciężkim facetem...... Ale wykorzystała jego chwilę nieuwagi ....... Poderwała się i szybko uciekła do swojego pokoju.

Nie wiedziała co się dzieje i co to wszystko ma znaczyć. Na wszelki wypadek szybko zgasiła światło i nie przebierając się, położyła się do łóżka. Ojczym podszedł do drzwi pokoju i widok zgaszonego światła chyba go zatrzymał....

Tym razem nie ,,szedł dalej”…… 

mar 08
2010

Moje wiersze ......... czyli pisanie do szuflady

Dodane przez Barbara w miloscczekanie

Z tomiku ,,POWRÓT"

 ,,ANNABERG”

 

( Góra Św. Anny)

 

Szumią, szeleszczą nade mną drzewa.

Dzwon Bazyliki ,,woła” na modły.

Serce do Anny modlitwę śpiewa.

Daleko odpływa świat podły

 

Na skrzydłach wiary tu przybyłam

O pomoc proszę i zań dziękuję

Anna swym płaszczem mnie okryła,

JEJ miłość i opiekę czuję

 

I chociaż błądzę po manowcach

Goniąc ułudę jako wiatr...

Chociaż tęsknota mi nie obca

To niczym dla mnie ludzki świat

 

ONA jest moją OPIEKUNKĄ

ONA  dodaje mi siły

Ona ,snów moich, piastunką

Bez NIEJ niczym bym była !!

 

                         ON

 

On jest władzą mojego serca

opoką moich myśli

dającą schronienie

nie brak wokoło oszczerców

zła błyśnięć

na oka mgnienie

Kiedy jestem daleko od NIEGO

Dopadają myśli zwątpienia

Ciemność duszę

już wiem dlaczego

szukam schronienia

Bo muszę

Już niczego nie zmienię

Nie oszukam już czasu

Ni siebie

Pozostało olśnienie

Dotyk atłasu

w niebie

         

         Jestem

 

Jestem wewnętrznie złożona

Z wielu, różnych momentów.

Mam ochotę przegonić

Wspomnienia życiowych zakrętów

 

Chcę żyć pełnym oddechem,

Chcę się radować codziennie,

Chcę się znowu uśmiechać,

Chcę mieć myśli ,,wiosenne”

 

Przez ten czas zasłużyłam

Na spokój dnia codziennego.

                    To, co kiedyś przeżyłam

Było, nie zmienię niczego

 

Zmienić mogę swe myśli

Ukształtować codzienność,

Mogę wymarzyć, wyśnić

(losu) od jutra odmienność.

 

Znajdę na to znów siłę

Mam ją w sobie - poszukam!

Znajdę może i miłość....

.... Do okna mojego zastuka?

 

 Oczekiwanie (?)

 

 Dzień za dniem

,,dziś” staje się ,,wczoraj”

Przerwane snem

Oczekiwanym z wieczora

Stagnacja, trwanie,

Bezruch, bycie

Poszukiwanie sposobu na życie

Czekanie na telefon

Na słowo, znak

Chwila staje się strefą,

W której kogoś brak.

Nie szukam – czekam

Nie wołam – słucham

CISZĄ W CISZĘ KRZYCZĘ

 

                               JEZUS

 On niósł krzyż Moich win

Skropił krwią moje zmartwienia

Spłakanej Matki Syn

Mojej wiary pragnienie

                        Kiedy umierał, Ojca pytał

-               Czy cena nie za wysoka ?

Moja wiara, choć ukryta

On ją widzi z obłoków

 Kiedy odchodził z ziemi

z trzaskiem popękał głaz

Zostały cienie...

... i w Piśmie Słowo – Czas

 

                              UKRZYŻOWANY

 Rozpięte ramiona krzyża

a na nich Twoje ręce

 Ból Twoją boskość poniża

                         Szukam Cię w biciu serca

 Jeszcze się nie urodziłam

Gdy Ty dałeś mi życie

Chociaż i tak zgrzeszyłam

Ty czekałeś w ukryciu

 PROSZĘ!!!  WEŹ MNIE ZA RĘKĘ!!!

Pokaż, co dla mnie masz?

-               Na dłoniach ślady męki

-               Przegrany w hazardzie płaszcz

 Tyle istnień jeszcze się zrodzi

i dużo z nich odejdzie

A Ty ? W rybackiej łodzi

czekasz, aż słońce wzejdzie

 

OD – NOWA ?

 Nowy etap, a może nowa droga ?

Nowy początek wychyla się z mroku

pokonuję niepewność, krok po kroku

szukam w ułamkach chwil ,,mojego” Boga

 

Chociaż nie umiem Go określić

Nie wiem, jakiego chcę odnaleźć

Na jaką miarę? Na jaką skalę?

Bo nie szukałam Go nigdy wcześniej

 

Stoję samotnie na pustyni

mijają mnie istnienia ludzkie

Nade mną Niebo znaki czyni

Odciska piętnem hieroglif judzki

 

Wypala znamię w moim sercu,

jak stygmat dany wybranym

Na przeplatanym myśli kobiercu

kolcami róż usłanym

 

Na górze Tabor jest samotnie

Cisza otacza głuchy smutek

spływa brud grzechu lawą błotną

-               Żarliwej modlitwy skutek

 

                              POWRÓT

 Przeobrażenie, metamorfoza, zmiana

słowa szukane w znaczeniach

Osobowość przez lata utkana

Nowa codzienność ją zmienia

 

Odkrywam Boga, czy Go szukam?

A może chcę, by mnie odnalazł

Wiara, to zrozumienia sztuka

w sercu rozdarta skala

 Wyciągam ręce do Boga

Diabeł trzyma mnie w sidłach

Plączę się w suchych rozłogach

Iskra nadziei gdzieś śmigła

 TO BOLI !! OJCZE DLACZEGO!!

A ja tak boję się bólu

Świeżo oddarta od Złego

z przerażenia się kulę

 Są chwile, że nie rozumiem

nie wiem, czy mam się obudzić

Łzy tworzą szeroki strumień

zgliszcza nie chcą się studzić

 Już wiem, jak boli motyla

wydarcie skrzydeł z poczwarki

Odrodzenie trwa chwilę

odchodzą nocne koszmarki

 chcę ,,utopić starego człowieka”

w źródle ODNOWY CHRZCIELNEJ”

Jezus cierpliwie czeka

w ciszy nawy kościelnej

 Czuję, jak mnie obdarto

z ,,brudnej (grzechem) odzieży”

Zimno mi...

lecz warto w nowy ,,płaszcz Boga” uwierzyć

 

 BYŁO...

 Wyzwolenie z przeszłości jest trudniejsze, niż myślisz

W zasklepionej mnogości, słów ,,pamięcią obcisłych”

 W czas zakurzony żalu

buntu niespełnionego

pojęć, co tkwią, jak zakalec

chwil czasu minionego

 Ciągnie się za plecami

kondukt przeżyć minionych

szura starymi trepami

mruczy pieśń zadawnioną

 przodem trumna zamknięta

zawartość ma schłodzoną

pietyzm smutku zaklęty

pamięć żalem zrażona

  

NIEUCHRONNOŚĆ

 Kolejny karnawał się kończy

kolejne zapusty przeminą

Już ,,stary” rok z ,,nowym” połączył

czas, który obok przepłynął

 Muzyka brzmi echem w powietrzu

akordy cichną w oddali

kolory stają się bledsze

świec płomień się cicho pali

 Wyciszy się serce z zabawy

poszukaj  w swym wnętrzu refleksji

cienia krzyża, śladu męki krwawej

i wiary wraz z pokory lekcją

  

                              CZŁOWIECZE ŻYCIE

 Nikt nie zna zamiarów Boga

Tam w górze jest los, nam pisany

Każdej minuty szkoda

przyszłość jednak nie znana

 Szukamy wśród wróżb, kart i gwiazd

czytamy przepowiednie

Bóg dał nam ten świat

wprost do rąk. BEZWIEDNIE ?

 Patrzy na nasze życie

przygląda się naszym krokom

My wciąż wierzymy skrycie,

że uda się ,,przemknąć” bokiem.

 Gdy kończy się nasza droga,

patrzymy z lękiem wstecz

szukamy ZNOWU Boga

zrywamy własną sieć

 On wtedy wraca w myślach

Chce podać nam swą dłoń

Znów chcemy sobie wyśnić

bezbrzeżnej miłości toń

  

                                   BÓL

 Jak mam opowiedzieć ból

jak mogę go opisać

gdzieś w środku – ogień, sól

pustka, która wsysa

Gromadzony tak długo

jak długo trwa wieczność

kładzie się szarą smugą

naraża na śmieszność

oblepia całą mnie

odbiera mi powietrze

i nawet gdy śnię

sny stają się bledsze

 

                              BEZSENNOŚĆ

 Skrada się cicho i podstępnie

myśl – jeżąc ze strachu włos

liczy, że wątła nitka pęknie

i zdusi w gardle mój głos

sunie powoli, śliskim wężem

szykuje jadu dawkę

chce żeby strach zwyciężył

bawi się mną, jak zabawką

narasta, dusi, gardła sięga

wydłuża koszmar nocy

oplata serce zimną wstęgą

z moim snem się droczy

Potrafi trwać tak, aż do rana

bez zbawczej chwili snu

aż w modłach padnę na kolana

nie szczędząc Bogu wiary słów

 

DZIĘKUJĘ

 To było tak niedawno

zmęczona stanęłam bez tchu

bezradna

wobec prawdy

odarta ze snów

Powiedziałeś; ,,spróbuj

jeszcze raz, wiarę odbuduj,

odrzuć głaz”

Otworzyłeś serce

pokazałeś światło

JEGO BÓL NA BELCE

...zło przygasło

Zrozumiałam dobrą miłość

bez władzy człowieka

pancerz bólu rozbiłeś

pójdę znów

nie będę zwlekać.

  

                              MATKA

 Na ścianie JEJ portret wciąż patrzy

jak wyrzut, na każdy mój dzień

A nocą, choć ciemno jest zawsze,

to ONA  czuwa – ja wiem !

 Nie jeden raz modlę się do NIEJ,

różaniec mam w palcach jak krople,

i żal – co mi w sercu wciąż płonie,

i myśli – tak zimne, jak sople...

 ,,umieram” wieczorem, by rano

urodzić się znów, jeszcze raz

w zawody ze światem znów stanąć,

i mieć tylko dla NIEJ  swój czas.

 

 NIESTETY...

 Gdy przychodziłeś na świat

nikt nie obiecał, że będzie łatwo,

nikt nie powiedział – za ile lat

dosięgnie Cię radości światło

 Idziesz przed siebie drogą trudną

kochasz, porzucasz, ranisz siebie

na twarzy maskę masz obłudną,

by coś uzyskać wrogom schlebiasz

 A kiedy masz wszystkiego dosyć,

kiedy zmęczony trzaskasz drzwiami,

gdy wzbiera w Tobie ślepa złość,

ODKRYWASZ, ŻE NIE DASZ SIĘ OMAMIĆ

  

                              SIOSTRA URSZULA

( siostra zakonna ze zgromadzenia ANUNTIATA w Raciborzu )

 Przychodzą do niej głodni, ubodzy

mają słoiki, torby i garnki

zmęczeni w twardej życia drodze,

znużenie od tej ciągłej walki

 Przychodzą dzieci i dorośli

siedzą na ławkach i na murku,

wbrew sobie i wbrew Bogu – DOSZLI !!

,,wloką” za sobą żal na sznurku

 Ona da zupę, chleb i mleko,

pochyli swą zakonną głowę,

Ona jest blisko – Bóg daleko,

Ona obdarzy Jego słowem

 Jest zawsze, tak jak chleb powszedni.

Malutka drobna uśmiechnięta,

bliższa niż matka, siostra, krewni

SIOSTRA URSZULA  - w BOGU Święta.....

 

WIGILIA  (1999)

 Ta dziwna noc końca wieku

ma wydźwięk miłości.

a w każdym człowieku

budzi iskrę radości

W rytmie kolęd śpiewanych

całym sercem i duszą

i słów podarowanych

co dawne żale kruszą.

Bóg chce nas uczyć miłości;

do siebie, i do innych.

Nie czynić żadnej przykrości,

nie mówić słów zbyt ,,zimnych”

 

                              SZUKAM

 Jeszcze nie wszystko we mnie

jest mi dobrze znane

Jeszcze szukam daremnie

drogi do ,,mojej polany”

 Błądzę wśród gęstych chaszczy

kolce szarpią mi twarz

Jeszcze nie zamknął ,,paszczy”

życiowy, złudny łgarz

 Szukam drogi do siebie

pali mnie ból przy ranie

w ,,moim prywatnym niebie”

słyszę aniołów granie

 Nienawidzę i kłamię

chcąc ukryć ból i strach

Niejedno pióro połamie

krzycząc w majaczych snach...


                              NIE JESTEM

 Jakie prawo każe oddać moją duszę

na wiecznej niewiadomej los

w drobnych ziarenkach wzruszeń

w podświadomości cichy głos

 NIE JESTEM  NA WŁASNOŚĆ !!

NI SWOJĄ , NICZYJĄ

NALEŻĘ DO ŚWIATŁA, CO RAZI MNIE WOCZY

POWIEKI MNIE SAMĄ PRZED SOBĄ UKRYJĄ

Chyba mnie nic nie zaskoczy

 Oddzieram, kapiącą, skrwawioną świadomość

od siebie, od jaźni, od myśli skłębionych,

NIE JESTEM!! NIE BYŁAM DO KOŃCA WIADOMA!!

NIE ODDAM WROŚNIĘTEJ, CIERNIOWEJ KORONY !!


NIEWAŻKOŚĆ

 Biegnę przed siebie, jak gdybym chciała

dogonić to, co się wymyka...

Jak gdybym wciąż się czegoś bała,

jak gdyby drogę ktoś zamykał....

 ZATRZYMAJ MNIE !! Podaj mi rękę !!

Pomóż, bo nie wiem dokąd iść

Choć wiem co dobre jest i piękne...

To czuję się, jak suchy liść

 Miotany wiatrem i bezwolny

targany sprzecznych uczuć siłą

raz smutny, potem znów frywolny

z drogą istnienia tak zawiłą....

 

                              NIEMOC

 Gdybym tak mogła krzyczeć gromkim głosem

w imieniu tych, co szept kołyszą w sercu,

błagają wzrokiem, gestem tylko proszą

i wierzą, że ich z wyżyn dojrzą wielcy....

 Gdybym umiała zanieść prośby ludzi

do miejsc, gdzie wyboista droga

rani kolana. Gdybym mogła zbudzić

stwardniałe serca, co zgubiły Boga.

 Mijam ich wszystkich, idę życia szlakiem,

jakby przez środek dwóch odmiennych światów.

I w tym i w tamtym – ludzie są jednako,

w jednym i w drugim kwitną piękne kwiaty

 Lecz jeden świat, kraina jest ubogą,

ludzie strach w oczach mają, w sercach żal,

brak w nich nadziei, dłonie ,,łamią” z trwogą,

niczym rozbitek w łasce władcy fal

 Ten drugi świat – wysoki, niedostępny,

syty, przytulny i bezpieczny jest.

Tam nie dociera wzrok z bólu posępny,

tam tylko słychać pobrzęk pełnych kies.

 Tu w tym ubogim świecie, też jest skarb

TO WIARA W BOGA, A CZASEM W CZŁOWIEKA

Wśród dni mozolnych, nieustannych walk

BÓG CIĘ WSPOMOŻE, DOBRE SŁOWO CZEKA.


                              PRZESTRZENNOŚĆ

 Nieogarnięta przestrzeń myśli

Nierozeznane mam pragnienia

nie wiem, co w nocy mi się przyśni

Ja nie planuję jawy śnienia

                Galopem mknie mustangów stado

nieokiełznane, niepokorne

cienie traw, pędem ich się kładą

a drzew konary są pokorne

 Konie – to myśli niezależne

nie przyjmą tak łatwo tresury

przestrzeni ogrom bezbrzeżny

nad nimi tylko białe chmury

                Wiatr im rozwiewa gęste grzywy

muska ich grzbiety lekkim tchnieniem

kopyta miażdżą pokrzywy

horyzont ich pragnieniem

 

 

NAGROMADZENIE

 Sen nie przynosi ukojenia

Po dniu złożonym z rozdarć

Nie ma spokoju, ni spełnienia

Gdzie mogę Jutro spotkać”?

 Lokuję ślepo ,,przeczekanie”

zawieszam w próżni wiarę

rozkładam ją pozamykaną

w wewnętrzny ból, jak w karę

 Krzyczę zebraną poprzez lata

wściekłością zaślepioną

niech się kamienna dusza zbrata

ze spopielałą warg osłoną

 Budzę się w rytmie cudu świata

jakim są narodziny

Biorę należną mi zapłatę

-               Rewanż daniny

  

NO CÓŻ......

 Bóg człowiekowi podarował

ziemię i słońce, jako dar,

by człowiek długo to szanował,

by chronił, jak cudowny skarb.

 Ale, jak zwykle bywa w życiu

człowiek mądrzejszy chce być zawsze

i wciąż po cichu, wciąż w ukryciu

traktuje Ziemię, jak zabawkę

 Wymyśla ciągle coś nowego

uważa, że to jest najlepsze,

nie wie, ile sam czyni złego,

jak tlen zanika wciąż w powietrzu

 Ziemia jest chora i zmęczona,

nie ma już siły się obronić.

Roślina, drzewo i kwiat – kona;

A Bóg ? Sam nie wie, co ma zrobić....

  

NIE !!!

 Nie chcę płakać bez łez,

wyrywam żal – on ,,odrasta”

Kiedy nadejdzie kres?

Kiedy już powiem – BASTA !!

Echem nadchodzą kroki,

,,kulę się”, ,,znikam” powoli

,,Owijam” się światła obłokiem

Świadomość życia boli

Nie tak miało zostać ! 

,,teraz” dręczy pożogą

droga złudnie zbyt prosta

                (...?...)

KAMIENNA ŚCIEŻKA DO BOGA...

 

 

 

lut 23
2010

parę myśli z życia wzięte...

Dodane przez Blanka987 w Nieotagowane 

gdy wstaję rano i świeci słońce wtedy odczuwam wielki smutek, piękny dzień znowu idzie na zmarnowanie... bo nic nie jest piękne bez niego... dzień za dniem mija, każdy jest dniem świstaka... Sad czuje jakby moje życie uciekało mi przez palce, marnowało się... w dzień praca, wieczory spędzone w samotności...

człowiek nie jest stworzony do życia w samotności...

"marność nad marnościami i wszystko marność... "

czasami zalęgają się w moim mózgu myśli, czy aby to wszystko ma sens... czy czekać...?  może, gdybym miała tutaj przyjaciół to byłoby mi łatwiej, a tak... jest mi ciężko mimo że nie mam najgorzej...  bo wiem, że zawsze może być gorzej

chciałabym nie myśleć... i przespać ten czas.. 

 

lut 20
2010

Prawda o zwyczajnym, niezwyczajnym życiu kochajacej i czekajacej kobiety.

Dodane przez nemi99 w Nieotagowane 

 

 Postanowiłam pisać o zwyczajnym ,niezwyczajnym życiu kochającej i czekającej kobiety...Bo gdzieś muszę lokować to co czuję...i podzielić się tym co było co jest...bo co będzie to czas pokaże....

 Tak było na początku.....Pierwsze tygodnie czekania....

Myślałam, że już będzie dobrze, że tym razem mi się uda, że obejdzie się bez dołów dziwnych i zwał niepotrzebnych....nie wyszło. Cały świat znów runął mi na głowę, misternie budowany spokój prysnął jak bańka z mydła, odkopywana spod ziemi radość życia znów skryła się gdzieś głęboko....nie ma nic, otacza mnie pustka, którą wypełniam tylko schizofrenicznymi filmami kręconymi w mojej głowie. Mętlik w głowie sięga granic ludzkiej wytrzymałości, nic nie wiem....boję się pytać w obawie przed tym co usłyszę w odpowiedzi, nie czuję nic poza wypełniającym moje życie bezsensem.
Obawiam się, że stanęłam w miejscu (gorzej....widzę, że posuwam się jakąś długą drogą w dół)...muszę coś ze sobą zrobić, coś zmienić, jakoś „odświeżyć” swój żywot. Wpadłam na „genialny” pomysł wyjazdu z rodu Kraka, zmiany środowiska, odcięcia się od tego co dzieje się wokół mnie. A teraz boję się tego co zrobiłam, boję się, że ten plan się ziści i będę musiała stawić mu czoła. I zastanawiam się czy to jest rozwiązanie, czy ucieczka cokolwiek zmieni....czy przypadkiem nie będzie jeszcze gorzej?Z drugiej strony chyba wszystko jest lepsze od takiego stanu do jakiego się doprowadziłam (do jakiego doprowadził mnie ON, ona, oni)....wszystko jest lepsze od widoku, jaki roztacza się przed moimi oczami codziennie, od atmosfery w pracy, w domu....w moim życiu. Zdaję sobie sprawę, że – przynajmniej w pewnych przypadkach – sama jestem winna temu co się dzieje, że jestem nerwowa, niezdolna do normalnego funkcjonowania w środowisku i to sprawia, że nie potrafię dogadać się z ludźmi.
Nie wiem co robić i boję się o siebie (autentycznie się boję), bo zwariowałam chyba....jeszcze nigdy tak nie było........psychiatryk – oto moja diagnoza!

 

  

lut 18
2010

strach...

Dodane przez Blanka987 w Nieotagowane 

strach przed jutrem...
co przyniesie nowy dzień?
czy zakręci się w oku łza?...
czy też na ustach pojawi się uśmiech?...
 
codzienność ta sama
a jednak różna
ciągnie się coś...
a inne ucieka...
 
 co się wydarzy?
co będzie jutro?
boję się przyszłości...
 
 
lut 14
2010

Zabrali mi słońce, tak radosne i tak gorące...

Dodane przez nemi99 w Nieotagowane 

Do napisania tego tekstu skłoniło mnie po prostu moje życie, życie czasem piękne, a czasem tak dołujące...
Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że jestem zwykłą  osobą, niby tak jest, nikt by się nawet nie domyślał jakie tak naprawdę jest moje życie.

 

 

Jestem jak otwarta księga... tylko napisana trudnym językiem...
Mam na imię... Właściwie to nie ważne jak mam na imię, bo tu mogę napisać wszystko... Nieważne ile mam lat, bo w naszym czasie mam tyle, a w innym więcej... Nieważne gdzie mieszkam, bo znam tysiące innych miast... Ważne, że żyję... Jestem puzzlem tego świata. Jednym z milionów... Jestem dziewczyna, która w przyszłości założy dom z ogródkiem... Bieg jest taki sam... Narodziny i śmierć...
NIE JESTEM WZOREM DO NAŚLADOWANIA,JAK KAŻDY CZŁOWIEK MAM SIE Z CZEGO WYSPOWIADAĆ!!!

Jestem aniołem......Który wyłania się z mroku....Który upadł....Lecz powstał....Któremu zabrano nadzieje....Lecz ją odnalazł......Który żeglował między życiem a śmiercią....Lecz nie dane było mu spocząć....Kazano mu żyć...Więc żyję nadal...

Nie potrafię czasem odwrócić się plecami od tych ludzi którzy ranią mnie i mają mnie za nic!!!potrzebuje miłości i uczuć prawdziwych ale wolę nic nie mieć niż mieć coś na niby...

Lubię zapach deszczu, muzykę bez, której nie potrafię żyć, ciepłe słowa, wakacje, szczere rozmowy, romantyczne spacery, dostawać kwiatuszki, moich przyjaciół :*, poznawać nowych ludzi, marzyć i realizować swoje marzenia, zieleń, lato, patrzeć w gwiazdy, zakupy, wiśnie w likierze mmniam , mieć powody do śmiechu bo wtedy życie nabiera barw, pomagać innym, czuć, że jestem dla kogoś kimś ważnym, wszystko to co daje mi przyjemność, bezpieczeństwo, słuchać zwierzeń i potrafić pomóc...

Żyje, bo chcę, żyję dla chwil, żyję dla ludzi, żyję, bo to dar, a dary trzeba przyjmować...

Potykam się o ten świat pośród bólu, niespełnionej miłości...siedzę na schodach samotności. Zastanawiam się co ja tu robię? zagubiona wśród pustej przestrzeni trwam. Z dnia na dzień monotonia. Kto mi poda dłoń? kto mi dziś pomorze? kto mi powie gdzie mam ukryć się przed złem? Cisza...dlaczego nikt nie odpowiada? Spełniam zadanie anioła na Ziemi i co z tego mam? Dlaczego tam gdzie jest miłość muszą być cierpienia? Kto mi wytłumaczy dlaczego świat się tak zmienia? Nie muszę nikomu udowadniać swojej wartości, muszę wciąż móc więcej by podawać innym dłoń, muszę mieć siłę by ratować to co Wy niszczycie!Chciałabym znać słowa jakimi mogłabym rozmawiać z ludźmi po tamtej stronie. Chce wymazać przeszłość, spalić ogniem! Wiem, że znajdę kiedyś sposób na życie ale najpierw muszę otrzeć łzy po ostatnim płaczu. Zagubiona mała iskierka na tym złym świecie, jedna dobra dlaczego musi tak cierpieć?

...ale do serca włożę...najpiękniejszą chwilę z dnia...

Po każdym dniu trzeba postawić kropkę, odwrócić kartę i zaczynać na nowo...

 

lut 09
2010

smutek

Dodane przez Blanka987 w Nieotagowane 

samotność codziennością mą
myśli daleko stąd
opoka gdzieś daleko tam
zamknięta myśl w głowie mej
niepocieszony smutek 
nieogarniony strach
i depresja ma
funkcjonuje, żyje,oddycham
bo muszę...
lut 03
2010

moje nie życie

Dodane przez ola8480 w wiezienie

tą siostrą byłam ja - dla wyjaśnienia - moja siostrzyczka jest z pierwszego małżeństwa mojej mamy, które jej nie bardzo wyszło i jak teraz wiem nie wyszło jej na maksa - Boże czuje się winna ze moja Izunia robiła to co robiła czując się odtrącona przez szkraba czyli mnie - ja pamiętam tylko jak przez sen jak byłam z matka w P.O. odwiedzić Izę - nie wiedzialam ze zanim ja sie pojawiłam moja siostra została odtrącona przez matkę która zafascynowana nowym życiem i dzieckiem skupiła się własnie na mnie!!!

co ja bym dała zeby to odwrócić zeby jej było lepiej zeby nie cierpiała tyle co przecierpiała

  • marzena373 : Marco sto lat w dniu urodzin Smile
  • kari27 : misia a misia be kari misia swojego chce Laughing
  • marzena373 : «link»
  • kari27 : co to tu taka cisza??? Shocked
  • marzena373 : Very Happy
  • ane : a to co ??
  • justysia : u Jadwizi siedzi Razz
  • ola8480 : Stysiak - gdzie masz Zdzicha Very Happy
  • justysia : Ola- Dresiarzu Very HappyVery HappyVery Happy
  • kari27 : justyś taki upał że wszyscy pozamarzali Shocked
  • justysia : Surprised Kari na GTW mamy upał
  • kari27 : ogłaszam stan klęski żywiołowej
  • justysia : Izunia jest online- więc Poznań nie zna mrozu
  • emiro : Tylko na GTW ciepła atmosfera Cool
  • justysia : wszystko zamarza Surprised
  • emiro : gg zamarzło Mad
  • kari27 : Laughing hehe smiechowa ta emotka
  • izaart : oo a tu jeszcze nie pisałam nigdy Laughing
  • kosmitka : dobranoc łobuziaro Very HappyVery HappyVery Happy
  • nemi99 : dobranoc łobuziary Very Happy Very Happy Very Happy
  • justysia : Palce przymarznięte do wózka- bosko Mad
  • marzena373 : Susunia dobranoc i zdrowiej nam
  • susunia : dobranoc robaczki moje kochaane Smile
  • marzena373 : Dobranoc m.Justysia Very Happy
  • justysia : To był cięzki dzień- DOBRANOC Wink
  • marzena373 : Diablica kochanie jak zdrówko Wasze? Laughing
  • marzena373 : Szczere Laughing
  • emiro : Marzenko jakie wyznania Very Happy
  • marzena373 : Dla Was za to ze jesteście ;*
  • justysia : Cóż za zniewalający uśmiechVery Happy
  • marzena373 : Very Happy
  • kosmitka : ej, kochana, ja nic nie powiedziałam Very Happy dobranoc Smile
  • justysia : Kosmitka, Justysia się stara, może nie zawsze wychodzi...
  • justysia : Nigdy w życiu Mad Masz dowody?
  • Barbie : Przeca Ty złośnica jesteś Razz
  • Barbie : Śmiem Very Happy
  • justysia : Śmiesz w to wątpić? Surprised Shocked Sad
  • Barbie : Tak sobie tłumacz Very Happy
  • justysia : Justyna jest najspokojniejszym człowiekiem pod słońcem Cool
  • Barbie : Justyna a ty co znów wściekła Shocked
  • susunia : widze was Shocked
  • justysia : Ja też mam oko na wszystko Evil or Very Mad
  • Barbie : Podglądam Was Wink
  • Barbie : Rafaelo strasznie dużo postów na wolnym jest i trzeba je usunąć Wink
  • rafaelo : co to znaczy "czyszczę wolny"? Surprised
  • ola8480 : skoro Stysiak czyści wolny ja się przywitam tutaj też i zyczę Wam Miłego dzionka i duzo słonka Very Happy
  • justysia : Dobrej nocki wszystkim- jutro czyszcze WOLNY!!!
  • Blackjack : nie to ja nic nie rozumiem to przeciez ze mna nikt nie chce pisac Twisted Evil
  • justysia : Black i Ty przeciwko Nam z wrażeniem? Surprised
  • Blackjack : no tak tylko sie pojawilem i juz nikt nie chce pisac...... Shocked
  • justysia : Toć mnie do zawału z emocji prawie doprowadziłVery Happy
  • emiro : Justysia musisz uwierzyc. Taka prawda Robert wczoraj dał mi eksmisję od kompa. I postanowił popisac sobie na GTW Very Happy
  • justysia : nocne markiRazz
  • eni31 : ja jesem Laughing
  • susunia : jest tu jeszcze ktosik
  • justysia : Robert i tak nie wierzę Surprised
  • PIN : juz przetarte ? tak tak to ja
  • justysia : PIN- muszę przetrzeć oczy ze zdziwieniaVery Happy
  • PIN : alo wszystkim
  • marzena373 : Patrzec i myślec pozytywnie Very Happy Very Happy Very Happy
  • Blackjack : to znaczy ze jak - patrzec gdzie sie idzie czy tez isc gdzie sie patrzy Laughing
  • justysia : Patrzeć pozytywnie! To najważniejszeVery Happy
  • marzena373 : Justyś świete słowa Laughing
  • justysia : Kolejny zbliżający do powrotu ŁobuzówRazz
  • Blackjack : to zalezy moze byc ze kolejny przed nami Wink
  • justysia : No i nastała niedziela- kolejny tydzień za NamiVery Happy
  • marzena373 : super Very Happy
  • justysia : Strach ma wielkie oczy ShockedJustysia nie gryzie
  • marzena373 : nie boje sie tylko mam stracha Very Happy
  • justysia : Marzenka tylko nie mów, że tej całej Justysi się boiszRazz
  • marzena373 : i zostało opanowane...nikt sie nie odzywa,nastała ciszaaaa Mad
  • justysia : kosmitka- opanujemy wszystko Smile
  • kosmitka : justysia, żebyś w złą godzinę nie powiedziała... Wink
  • justysia : zawsze powtarzam: to cisza przed burzą Shocked Surprised
  • rafaelo : co tu taka cisza??? Surprised
  • czarnula : Barbie no i widzisz Very Happy jednak sprawdza sie to co napisalas ze jak ja jestem to ciebie niema Laughing Laughing
  • Barbie : A mnie nie ma na forum jak Czarnulka jest, bo ona takie nieodpowiednie momenty wybiera Laughing Laughing
  • Barbie : A od czego jest gg Very Happy Zawsze może się odezwać Razz
  • justysia : Upraszam o krótsze notatki na ShoutboxieWink
  • Blackjack : Very Happy czarnula sortuje dalej, napewno sie pojawi, ale mowi ze zawsze jak sie pojawia to Ty znikasz i na odwrot jak Ty jestes to znowu Jej nie ma..... Shocked
  • Barbie : Hehe no fakt o tym nie pomyślałam Razz A ta twoja czarnulka dalej rachunki liczy ? Pogadałabym sobie z nia Very Happy
  • Blackjack : Laughing ja!!!! dlaczego!!!!! przecierz musialem skontrolowac czy wszystko funkcjonuje... Laughing
  • Barbie : Blackjack jesteś niemożliwy Smile
  • Blackjack : Very Happy Smile Wink Surprised Shocked Confused Cool Laughing Razz Embarrassed Crying or Very Sad Evil or Very Mad Twisted Evil Rolling Eyes Exclamation Question Idea Arrow to tylko kontrola jakosci - prosze nie regulowac odbiornikow - powtarzam - kontrola jakosci
  • Blackjack : Laughing
  • Blackjack : oho cos do pisania
  • susunia : hejka
  • Qinshe : Witam... idę nadrabiać forum
  • slonaaaa : ja tak czasami mam jak odejde od kompa na dłuższy czas
  • agnes : ja miałam kiedyś taki problem jak była grafika zmieniona, teraz jest już ok
  • ola8480 : czy u was też występuje problem z logowaniem od jakigoś czasu? tzn wywala was po chwiluni?
  • rafaelo : jestem tu nowy, witam ze stolicy Mazur
  • dr. Cuddy - : Barbi dawaj na gg
  • nemi99 : pojawiam sie i znikam.... Laughing
  • Barbie : iza włącz gg Smile
  • izuniaem : padło gg
  • susunia : ja nie śpie!!! to czemu śpiochy Shocked
  • emiro : Izunia jakie śpiochy ? Very Happy
  • izuniaem : Wstawać śpiochy
  • marcinmajste : MIłego tygodnia Wink

Musisz być zalogowany/a.

Forum - Wejdź

Szybkie Linki




Info

Odwiedzin strony:
130178
Ulti Clocks content
Do końca roku zostało 298 dni.

Ostatnie Komentarze

3m2- czyli co z tego
Czyli cyrku ciąg dalszy .... ciekawa jestem kiedy nastąpi za
Info dla wszystkich
Barbaro jestes bardzo problemowa kobieta - wstydz sie moja d
Info dla wszystkich
A kto powiedział że ja się kłócę ?? Po prostu myślałam że bl

Galeria- Zdjęcia

Łazienki - Linki sponsorowane - Gry - Fotografia ślubna Kraków - prace licencjackie - Kosmetyki - Rzeźba w brązie - Poznań Pozycjonowanie - Drukarki Toshiba - Śmieszne filmy - odzież robocza - Śmieszne Filmy - stres - odzyskiwanie danych